Bliższa ciału koszula - czyli fenomen Doroty Masłowskiej

by Krzysztof Kwasiżur sierpień 28, 2016

 

 

Autorki kontrowersyjnej powieści „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną” chyba nie trzeba przedstawiać. Przez chwilę przedstawicielom mediów i krytykom chodziło po głowach, że sukces tej pisarki to błysk krótkotrwały i jednorazowy, lecz „Paw królowej” tejże Masłowskiej okazał się takim samym sukcesem.

 

Tak samo kontrowersyjny temat, podobnie wulgarny język narracji recenzenci rozbierają na czynniki pierwsze, czyniąc z tych książek perły a autorkę – objawienie na skalę Gombrowicza.
I znów powtarza się historia jak setki innych; jest rozpoznawalne nazwisko (przecież „Wojna polsko-ruska…” była zauważona), jest druga – równie kontrowersyjna pozycja, a więc autor ma już swoją klasyfikację, jeśli zorientuje się, że jest na fali wznoszącej i jest pracowity, to robi cokolwiek – i tak się sprzeda!
A więc robi; pisze (pamiętając, żeby było kontrowersyjne i obrazoburcze), muzykuje, ba! Nawet została dramaturgiem
1) i producentem muzycznym.
Dorota Masłowska jest trzydziestolatką, więc nawyków postsocjalistycznych nie ma. Nie ma postawy roszczeniowej wobec Rzeczpospolitej Polskiej tylko zawija rękawy i zbija kapitał.

 

Nikogo nie trzeba chyba przekonywać,  że zarabiać trzeba, że to zajęcie moralnie neutralne – ani złe, ani dobre. Dopiero wykonujący je człowiek nadaje mu wartość negatywną, lub pozytywną, zarabiając na przykład legalnie, lub w sposób moralnie naganny.
I nawet stwierdzenie „moralnej naganności” też jest nieostre, gdyż to akurat określa - jak i to, co jest normalne, a co nie – tak zwana większość statystyczna.

 

            Wpływ tej samej większości powoduje, iż z jednej strony tworzą się mody na przeróżne przedmioty, z drugiej strony – mody te tworzą zapotrzebowania na rynku, a te znów miejsca pracy i koniunktury. Koniunktura znów wprowadza zmiany na rynku, a ten wpływa na mody i tak w koło Macieju.
Tylko że moda idzie od góry; modę kształtuje tak zwana elita, zwykle odważniejsza, bardziej twórcza, a reszta ją „małpuje”.
Tak zwana reguła Pareto, według której kręci się cała współczesna ekonomia, uczy nas, że 80% kapitału (twórczego, ekonomicznego, czy jakiego nam się podoba) generuje do 20% społeczeństwa, reszta zaś dopełnia do setki! Tylko jeszcze kwestia – czym ta elita garniec (w większości przecież) zapełnia?
Kręcimy nosem, że Kowalski chętniej kupuje bibliografię Ibisza, czy „Pawia królowej”, suto łaciną zaprawionego (jak już do księgarni zabłądzi) a nie Sienkiewicza, Ibsena, czy Mickiewicza.
A ja poddaję pod przemyślenie fakt, iż Mikiewicz znalazł dla siebie niszę i jemu współcześni – zaczytując się utworami; odnajdowali alegorie do nurtujących ich aktualnie problemów. Podobna sytuacja jest z Sienkiewiczem, Lem – piszący o sprawach ponadczasowych i w modę się wstrzeliwszy – nie miał z tym kłopotu, wystarczyło, że poziom techniczny swego pisania utrzymywał na wysokim poziomie.
Oczywiście nie sugeruję tym samym, że pozom techniczny, czy artystyczny Mickiewicza i Krzysztofa Ibisza jest porównywalny! Ale śmiem twierdzić, iż jeden i drugi pisał o rzeczach, które interesowały im współczesnych.
I w aktualne zainteresowania im współczesnych się wpisują, w przeciwieństwie do krytyków takich zachowań.
Bo ci postępują wbrew Regule  Vilfredo Pareto
2), a więc wbrew prawom ekonomii, ergo – prawom zdrowego rozsądku.
Nie ma się więc co zżymać, że mechanizmy ekonomii funkcjonują poprawnie, ale szukać dla siebie nisz, czy luk w rynku.
Świetnie ten trend zrozumiał ks. Zaleski, który na okładce własnego tomiku „Wiersze”, pod maleńkim tytułem i nazwiskiem autora umieścił byczy portret własny. I jasne już, co w tej pozycji książkowej sprzedaje się najlepiej! Twarz.
3)
Trzy, rekomendowane nowości książkowe w internetowej księgarni Matras: „Beksińscy-portret podwójny”, „Nie jesteś sam Michael. Oczami brata” (o Michaelu Jacksonie) i „Bursztynowa dziewczyna. Anna Jantar we wspomnieniach”.
Więc nie tylko własną twarz usiłują nam sprzedać, ale i cudze. To akurat nie jest dziwne, bo zawsze chętnie zaglądamy przez płot sąsiada, zwłaszcza, gdy mamy świadomość (zwykle nam wystarczy złudna świadomość bezkarności), że on nie widzi.
Taka już ludzka natura i w tej gestii niewiele da się zrobić wszak, gdyby nie ta nasza ciekawość, do dziś iskalibyśmy jeden drugiego.
Ale dorabianie drugiemu „gęby” to nie jedynie gombrowiczowski wymysł, ba – nawet nie tylko ludzki. Ale my – ludzie – w ciągu ostatnich kilku setek lat musieliśmy zrezygnować ze swego heliocentryzmu, geocentryzmu, więc co tam taki homo-centryzm?

 

Sprzedajemy i kupujemy wszystko i po pierwszym zachłyśnięciu się możliwościami nabywczymi, jakie daje pieniądz przyszło uspokojenie: skoro już wszystko można, to nic nie warto! I dziki kapitalizm sczezł… Jednak okazuje się,  że jest jeszcze wciąż coś, co warto kupować. Emocje!

 

A Masłowska „slumdog” - z Wejherowa daje je czytelnikowi; nie te wysokie, co to i „Zbrodnia i kara” je da, tylko ten dreszczyk zakazanego owocu, gdy wiemy, że po coś zakazanego, lub wstydliwego sięgamy; bo u niej i przeklina się i narkotyki są i krytycy ją obwołali pisarką „niepoprawną”.
Takich młodych gniewnych (w naszym mniemaniu)  będzie coraz więcej, gdyż wiek produkcyjny osiąga pokolenie bez socjalistycznych naleciałości, za to z naleciałościami postmodernistycznymi.
„Slumdog” Masłowska, czy hipster Dehnel to przykłady i dowody na to, że twórczość zaczyna być osadzona w innych realiach niż te, w których dorastaliśmy.
Tu właśnie upatruję fenomen popularności jak jednego, tak i drugiego:
Ich czytelnicy (tak zresztą jak i redaktorzy, chcący robić z nimi wywiady) to ich rówieśnicy, rozumiejący slang, dowcip, realia. A przede wszystkim – nie obarczeni „czkawką” postkomunistyczną!
Po prostu; bliższa ciału koszula!


1) „Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku” – dramat D. Masłowskiej opublikowany w antologii został nowego dramatu polskiego TR/PL, wydanej przez TR Warszawa, 2006

2) Zasada Pareto (zasada 80/20 lub 80 na 20) – zasada opisująca wiele zjawisk, w których 20% badanych obiektów związanych jest z 80% pewnych zasobów. Nazwa pochodzi od nazwiska włoskiego socjologa i ekonomisty Vilfredo Pareto, który na podstawie analizy danych statystycznych dochodów ludności we Włoszech w 1897 roku stwierdził, że 80% majątku Włoch jest w posiadaniu 20% mieszkańców kraju. Dziki tej regule można było opracować i wdrożyć zasady TQM (Total Quality Management). Regułę Pareto można odnosić do innych dyscyplin niż ekonomia (20% kierowców powoduje 80% wypadków, 20% materiału zajmuje 80% egzaminu, 20% ubrań nosimy przez 80% czasu).

 

Kto szkodzi poecie?

by Krzysztof Kwasiżur grudzień 14, 2015

 


Od dłuższego czasu literaci, ludzie sztuki, a nade wszystko poeci obserwują zmniejszającą się frekwencję na spotkaniach poetyckich i około poetyckich.

To trend tak wyraźny, że organizowane są różnorakie spotkania, sympozja na temat jak go zatrzymać, lub – jeszcze lepiej - odwrócić.

Gdyby trafnie zdiagnozować przyczynę tego zjawiska, można by mu przeciwdziałać.  Myślę, że pseudo-filozoficzne farmazony, udające poezję (lub uzurpujące sobie prawo do tego miana) więcej szkodzą tej sztuce, niźli zmiany społeczno-obyczajowe, które posądzane są o źródło tych problemów.

            Słuchacz, bądź innego rodzaju odbiorca, wychodzący ze spotkania poetyckiego zawiedziony, czy zniesmaczony niezrozumiałymi, bełkotliwymi wierszami – nie tylko unikał będzie tego, konkretnego twórcy, na którym się zawiódł, ale i na innych poetów się obrazi!

Ergo – być może nie ma żadnego upadku obyczajów, skutkującego spadkiem zainteresowania czytelniczego? To my, poeci z krwi i kości żeśmy sobie tych odbiorców poobrażali; pozwalając wierszokletom i grafomanom zawłaszczyć, korzystać, a przez to zdefraudować nazwę własną; POETA.

Nazwę, która kiedyś sama w sobie oznaczała człowieka uprawiającego poezję na najwyższym poziomie pozwoliliśmy strącić do poziomu „człowieka, którego hobby, czy pracą jest pisanie wierszy (pomijając ich poziom)”.

Ona kiedyś była gwarancją i synonimem najwyższej jakości usług, teraz oznacza zaledwie styczność z wierszami!

Miast szukać więc przyczyny tak drastycznego spadku zainteresowania wierszami na zewnątrz środowiska pisarskiego – przyczyn trudnych, lub niemożliwych wręcz do wyeliminowania, bo wpływu raczej wielkiego nie mamy na ewolucję społeczną (nikt nie zawróci kijem Wisły), trzeba tych przyczyn szukać wewnątrz samego środowiska – które o swoją elitarność nie dba od dłuższego czasu; pozwalając sobie odbierać bastion, za bastionem bez walki, chyba tylko z lenistwa.

            Kiedy? Jak? Ano tak, że ludzie posiadający mgliste zaledwie pojęcie o pisaniu wierszy i ani krzty talentu po napisaniu odpowiednio dużej liczby utworów wierszowanych nazywają siebie, tytułują, parafują, pieczętują z dumą: „poeta, rysownik, Filip Zkonopii”.

I co? I nic, nikt nie oponuje, nikt się nie przeciwstawia, skoro pan Filip za każdym razem, gdy wręcza tak zredagowaną wizytówkę (a poczynił ich tysiąc - kto bogatemu zabroni) działa na niekorzyść polskiej poezji i prywatnym interesom tychże poetów, którzy muszą coraz mniejsze nakłady drukować.

Czyż nie ma skuteczniejszej antyreklamy poezji niż taka, gdy jeden pisze filozoficzno-akademickie dywagacje, goniąc własnym językiem w piętkę, a drugi udowadnia, że ten pierwszy jest poetą?

Sam bym – choć w zmaganiach z Erato zaprawiony jestem – ochotę na swawolenie z muzą stracił, lub zdurniał wcześniej.

Czym takie postępowanie skutkuje? Wiersze, lub utwory uzurpujące sobie to miano piszą ludzie do tego nie przygotowani i nie przejawiający chęci, by się przygotować. Wiersze przez tych ludzi proponowane odbiorcy zachowują tylko pozory poezji, bo twórca „uczył się poezji” po pozorach.

Produkt finalny tej pozorowanej i naśladowczej pracy też daleki jest od oczekiwań odbiorcy, jego wyobrażeń o poezji, a nade wszystko – daleki od jego życia (zatem produkt taki będzie MAŁO INTERESUJĄCY dla odbiorcy, więc przez nich pomijany przy wyborze).

Nie z przypadku fragment wiersza Andrzeja Bursy brzmi: „ja chciałbym być poetą, może mnie przecież przyjmą…”. Jasno to wskazuje na fakt, że za życia Bursy (1932-1957) decyzja o przyjęciu miana poety przez niego samego nie należała do poety; nie mógł on sobie tej nazwy sam nadać, nie mógł się mianować poetą sam; czekał cierpliwie i pracował na uparcie na chwilę, gdy ktoś władny to uczynić (krytyk, publicysta, teoretyk sztuki, poeta) pierwej go tak nazwał.

Takie zachowanie miało określoną logikę – przypominało to terminowanie zawodu pod okiem mistrza, by wreszcie po latach zostać przyjętym do cechu z mistrzowskimi papierami. Proszę zauważyć, że  samo bycie członkiem cechu szewskiego dla klienta, przynoszącego buty do szewca już było gwarancją, iż jego buty nie zostaną zepsute; było gwarancją wysokiej jakości usług!

Dziś „namaszczenie” autor da sobie sam, oparafuje się i opieczętuje, a szanowni (szanowani?) poeci, zapatrzeni w lusterka („lustereczko, powiedz przecie…”), nie oponują, gdy te parafki robią sobie twórcy, reprezentujący coraz niższy poziom.

Jedyna konkluzja, jaka Szanownych nachodzi po czasie, to taka:

„O! Mamy wśród nas nowego kolegę! Witamy w gronie!”

I chcąc, nie chcąc, przez podanie dłoni na powitanie, zatwierdzają ostatecznie jego pojawienie się na firmamencie podpisując na siebie wyrok…

Odbiorca – czytelnik, słuchacz, klient księgarni - dokonuje wyborów: jaki zbiór wierszy kupić (czy żadnego), na jaki wieczór poezji się wybrać (czy może do kina), ale wyborów tych dokonuje w ramach dostępnej puli.

„Konsument” poezji nie ma prawie żadnego wpływu na ilość imprez około poetyckich, dostępnych w puli imprez, ani prawie żadnego wpływu na poziom tychże, jakie pula udostępnia.

Prawie – bo właściwie jedyne co może (i właśnie robi), to pomóc wolnemu rynkowi w naturalnej selekcji ”kiepskiej oferty” – nie pójść na spotkanie z kiepskim poetą, a wybrać kino, nie kupić tomu podłych wierszy, raczej już w tej samej księgarni sięgnąć po lekturę autobiografii Liroya, która wydaje się temu czytelnikowi łatwiejsza do zrozumienia, może mieć dla niego bardziej wymierne skutki (w postaci zastrzyku nadziei, że los zwykłego człowieka czasem się odmienia na lepsze). I w tym momencie odbiorca literatury wpisuje się w zwykłe, banalne mechanizmy wolnorynkowe:

 „skoro poeci tworzą poezję nieatrakcyjną dla mnie – wybiorę kino!”

My już w tym momencie naszych dywagacji wiemy, że to nie do końca poeci, ale odium spada na całą, poetycką brać.

Kiedy wspomniałem o łatwej do zrozumienia lekturze i wymiernych skutkach z czytania poezji, w postaci zastrzyku nadziei – nasuwa się też pytanie o to, jakie może mieć, bądź powinna mieć poezja bliższa odbiorcy? Czy postawa, preferowana przez niektórych twórców; że poezja jest „sztuką dla sztuki”, jest poprawna, a ponadto, czy jest ona atrakcyjna dla współczesnego odbiorcy, którego świat współczesny, media, reklama uczy i przyzwyczaja, że im towar ma więcej użytecznych funkcji, tym jest atrakcyjniejszy (telefony „wszystko mające”, konta bankowe ROR z funkcją oszczędzania i ubezpieczeniem, itp).

Poezja która nie opowiada żadnej historii, nie wnosi nowych danych do świata wartości, ani świata wiedzy (ba, chociażby samowiedzy!) odbiorcy jest tak samo dla niego atrakcyjna, co stary, rozwalający się mebel, grat, który trzeba tylko wiecznie omijać i się o niego potykać… Poezja, która nie wnosiło życia czytelnika nowych wartości poznawczych, nie pozwala zdobywać nowej wiedzy o świecie, lub sobie – będzie miała dokładnie tylu zwolenników, co krzyżówki bez nagród; dają jedynie satysfakcję z ich ukończenia, przy wykorzystaniu własnej, już posiadanej wiedzy.

            Jaka zatem powinna być poezja, by stać się na powrót atrakcyjna, a co za tym idzie, by znów skupiała rzesze fanów, słuchaczy, czytelników? JAK NAJBARDZIEJ INDYWIDUALNA I ODMIENNA OD poezji innych autorów.

Pomyślmy; czy oferta telefonii komórkowych staje się coraz bardziej podobna do siebie, czy też może coraz bardziej odmienna jedna, od drugiej? Czy głupawe na pozór reklamy nju mobile przypominają choć odrobinę gładkie, eleganckie, profesjonalne reklamy t-mobile, czy energetyczne i „modne” reklamy play?

Że poezja to nie telefonia komórkowa? Czy aby na pewno?

Przecież w obu przypadkach chodzi o jedno: o stworzenie sieci wiernych klientów i sprzedanie się!

Konkluzja mnie nachodzi na koniec, odnośnie pytania postawionego w tytule „kto zatem szkodzi dzisiaj poecie? Kto (lub co) powoduje, że jemu się tak marnie wiedzie?”

Myślę, że on sam, przez grzech zaniedbania (skoro dopuścił do głosu takich, którzy mu reputację zepsuli), przez zadufanie w sobie (skoro dopuścili do siebie myśli, że szacunek i uwaga pospólstwa są im dane raz na zawsze). Skoro odbiorca  literatury się zmienił, już nie wychodzi do niej z otwartymi ramionami, a raczej czeka na nią w papciach w domu i tylko selekcjonuje; tego nie wezmę, tego nie wezmę, to wezmę – to i jej „nadawcy”, literatowi wypadało by się zmienić. Życie stawia przed nim inne zadania, niż pół wieku wcześniej.

Mam nieodparte wrażenie od pewnego czasu, że dziś,  jeśli uprawiasz taką samą (lub podobną) poezję, jak kolega, poezji nie uprawiasz!

 

Warszawskie, częstochowskie i inne błędy w myśleniu - czyli o rymie

by Krzysztof Kwasiżur wrzesień 12, 2015

 

 

W poprzedniej gawędzie o poezji sugerowałem, że warto się zająć rymem, lecz z braku miejsca (i chyba potrzeby) nie będę się zawracał państwu i sobie oczywistymi i powszechnie znanymi sposobami rymowania, więc wspomniane w tytule ( i będące w niejakiej pogardzie wśród adeptów sztuki pisania wierszy).
To lekceważenie chyba niesłuszne, bo od czegoś trzeba zacząć pracę nad SOBĄ – jako zadatkiem na poetę (nikt poetą się przecież nie rodzi), a w dodatku – rym w wierszu (jak i brak rymu) jest tylko jednym ze środków ekspresji, powinien stanowić dopełnienie do tematu wiersza, jego wymowy – a nie stanowić odrębną planetę w porównaniu z wierszem białym.
Rym powinien być integralnym elementem wiersza – jak w torcie nuta orzechowa, a nie fantazją autora, który dany utwór zapragnął zrymować, udowadniając tym własną, wysoką klasę.
Jeśli chcesz potwierdzenia własnych umiejętności – wydaj drukiem i roześlij egzemplarze krytykom!
Wierszy nie rymuje się dla fantazji; i choć w definicji wiersza jest rzecz o „mowie wiązanej” to jednak więzi te nie muszą być rymami, mogą być innymi zależnościami.
Wiersz rymowany jest z zupełnie innego powodu – gdyż jest to współgrający z tematem tegoż wiersza, z jego nastrojem, klimatem i kilkoma jeszcze ŚRODEK.
Jak onomatopeja, anafora, lub zdawkowość, czyniąca go minimalistycznym.
Czy dzielimy – na własne potrzeby, naturalnie - wiersze na takie, które zawierają epitety i te, które ich nie zawierają?

 

 Do palców przymarzły struny
z cienkiego krzyku roślin.
Tak się dorasta do trumny,
jakeśmy w czasie dorośli. (...) 1)

 

Czy utwór, którego fragment przytoczyłem jest zaliczany jest do poezji przez wzgląd na epitety metaforyczne w nim stłoczone? Czy może tylko i wyłącznie dzięki występującym w nim rymom: struny-trumny, roślin-dorośli? Mam wrażenie, że gdyby ten fragment  „popsuć” niepotrzebnymi inwersjami, pozbawiając go rymów (autor nam wybaczy – nieżyjący poeci są bardziej wyrozumiali, niż  ci żywi):

 

Struny do palców przymarzły
z cienkiego krzyku roślin.
Tak się dorasta do trumny,
jakeśmy dorośli w czasie.

 

wciąż pozostaje to bardzo poetycka parafraza, choć na pewno traci na urodzie, czy wartości artystycznej. Wciąż pozostaje to mowa wiązana i WIERSZ, aczkolwiek rymy już tego utworu nie wiążą.

Zatem to nie rym decyduje o tym, czy coś jest poezją, czy  nie jest!
A może figury stylistyczne, epitety? Czy związki logiczne w tekście powodują, że jest coś wierszem, lub nie jest?  Sprawdźmy:

 

Do palców przymarzły łodygi
roślin podobne do strun.
Człowiek nie wtedy umiera,
gdy jest na śmierć gotowy.

 

Naturalnie – podniosą się głosy protestu, że moja parafraza ma się prawie nijak do oryginalnego czterowersu, dokonajcie zatem  - drodzy terminatorzy poezji – sami tego ćwiczenia; wiersz, lub fragment wiersza (jak najprzedniejszego) pozbawcie rymów, rytmu figur stylistycznych, nie pozbawiając go konstrukcji stroficznej!
Arcyzabawa.
Niczym wybijanie szyb w domu do rozbiórki!
Oczywiście – da się zauważać zniknięcie wartości poetyckich, jak za dotknięciem różdżki, ale także to, (o dziwo), że ostatnia, prozatorska wersja pozbawiona poetyki jest… mniej precyzyjna w określeniach.
Bo gdy czytelnik przystanie na logikę, kierującą wierszem, gdy podejmie grę, którą proponuje mu autor utworu – autor jest w stanie przekazać mu więcej informacji i  to w bardziej precyzyjny sposób.
Nie musimy już chyba masakrować żadnego utworu, by uwierzyć, że wiersz czynią nie rymy (które okazują się w wierszu elementem o TAKIM SAMYM POZIOMIE WAŻNOŚCI jak onomatopeja, czy epitet) – nie stanowi wiersza, ale stanowi o nim.
Zatem mamy powody, by uważać wiersz rymowany za nie odbiegający od normy.
Jeszcze piętnaście lat temu przekonywał bym was, że wiersz biały w niczym nie ustępuje wierszowi rymowanemu – tak ten drugi był powszechny.
Jednak za sprawą powszechnej makdonaldyzacji, która dosięgnęła także sztuki – i odbiorca i twórca spędza mniej czasu na obcowaniu ze swym dziełem.
Jako, że wiersze rymowane - bez względu na sposób rymowania – są bardziej czasochłonne, rodzi się ich mniej.
To chyba jedyny powód powstawania coraz mniejszej ilości wierszy rymowanych, niestety – skutecznie tę sztukę „utrącający”.
Jak słusznie, choć zaledwie na marginesie swego eseju „Dokąd zmierzasz poezjo?” 2) dr Dłuski zauważył – współczesny twórca szuka wartości poetyckiej w prozie życia i nie dba o poetycką oprawę, gdy już te wartości znajduje i podaje odbiorcy.
Kończy się to coraz bardziej prozatorskim wyglądem poezji, nawet na pierwszy rzut oka.
Wciąż jednak wartościami dodatnimi w wierszu są rytm, czy melodia, a te nawet najbardziej utalentowany poeta musi wypracować, żmudnie do nich dojść.

Nie na darmo porzekadło mówi, że do sukcesu prowadzi procent talentu i dziewięćdziesiąt dziewięć pracy – wszystkich umiejętności nie otrzymamy wraz z talentem (może na szczęście, bo świat potrzebuje utalentowanych, pracowitych i takich, którzy posiadają obie te cechy)!
            Tu właśnie upatruję jedną z ważnych, pozytywnych cech wiersza rymowanego w dzisiejszej poezji – rolę „ćwiczebną”, gdyż dobre opanowanie rymu pozwala opanować rytm i melodię w naszym utworze.
Nie powinno więc dziwić, że nawet Maria Konopnicka nie stroniła od rymów częstochowskich na początku swojej poetyckiej kariery.
Zauważam, iż współcześni autorzy wierszy mają utwory rymowane w niejakiej pogardzie (a już rym regularny w największej) i rozumiem to doskonale, bo dla własnej higieny psychicznej jest korzystniejsze czymś gardzić, niż wstydzić się, że się tego nie umie.
Tylko że poety nie powinny ograniczać umiejętności, tylko a ( i wyłącznie) wyobraźnia!
Jeśli zamarzy sobie zatem, że część utworu napisze rymami safickimi, a część nierymowanego i tak na przemian – to nie powinien mieć wątpliwości, że projektowi sprosta technicznie.
Może, co najwyżej uznać, na pewnym etapie swojego twórczego żywota, że wyrażanie siebie poprzez wiersze białe sprawia mu PEŁNIEJSZĄ ULGĘ, czuje się „bardziej wypróżniony” twórczo!
Nie zaś dlatego pisze bez rymów, że nie umie rymować!
Picasso nie dlatego malował pokraki z oczyma z boku twarzy, że inaczej nie potrafił. We wczesnym etapie swojej twórczości udowodnił najpierw, że potrafi realistycznie odwzorowywać rzeczywistość. Analogicznie – by wypracować sobie własny, niepodrabialny styl i tym samym miejsce na Parnasie, trzeba opanować najpierw wszystkie możliwe sposoby i style pisania wierszy, aby w każdy sposób w jaki nam przyjdzie zachcianka, ochota, czy fantazja – przedstawić dramaturgię zdarzeń w pisanym właśnie utworze.
Tu przyłapuję siebie samego, że miast gawędzenia o rymie i wierszu rymowanym, rozwodzę się o jego praktycznych zaletach dla poety. I to bez zwyczajnego sobie popierania słów przykładami z literatury.
Bo czasem -  moi drodzy twórcy – czasem logika wystarczy!
Ale i teraz strzał z grubej rury:
„Związek (rymu) z akcentem: Akcent w języku polskim pada zwykle na drugą sylabę od końca. Jest to tzw. akcent paroksytoniczny. Na tym akcencie bazuje rym żeński, o którym mówimy wtedy, gdy rymuje się ostatnie 1,5 sylaby wyrazów (brzmienie musi się zgadzać licząc od samogłoski drugiej sylaby od końca) np. obrócony – strony, grzeje – aleje. W pierwszym przypadku samogłoską drugiej sylaby od końca jest „o” i to, co następuje po niej - w obu wyrazach zrymowanych ze sobą - jest identyczne.
Gdy rymują się ostatnie sylaby wyrazów (brzmienie musi się zgadzać od samogłoski do końca wyrazu) mamy do czynienia z rymem męskim. Pojawia się on w wyrazach jednosylabowych np. świat – lat, cud – nut.
W języku polskim akcent w szczególnych wypadkach może padać na trzecią sylabę od końca. Jest to akcent proparoksytoniczny. Rym zbudowany dzięki takim wyrazom to rym daktyliczny np. modlić się – upodlić się” 3)
Nie będę dodatkowo gmatwał i wyjaśniał obecności  „się” w powyższym cytacie, bo trzeba by zacząć od tego, czym jest aton i co to jest enklityka.
Uczniowie czarnoksiężnika mogą  to zgłębić na własną rękę!
Chcę jedynie poddać pod rozwagę fakt, że to się po prostu czuje przez skórę, lub nie…


3) Słownik terminów literackich pod red. Janusza Sławińskiego

 

1) K.K. Baczyński, „Pokolenie”,  (z:) Krzysztof Kamil Baczyński (1921-1944). Wybór utworów

 

Lans, czyli Donkiszoteria stosowana - cz. 2

by Krzysztof Kwasiżur październik 20, 2015

\

Przez pewien, krótki okres w swoim życiu zachodziłem w głowę, czy aby na pewno chcę być poetą w świecie, w którym czwarta część populacji – to poeci, w świecie gdzie informacje jak pisać wiersze łatwiej zdobyć niż informacje o poprawnej odmianie co niektórych czasowników.
Dopiero, gdy odpowiedziałem sobie na pytanie: „kim jest poeta?” zrozumiałem, że ci wszyscy ludzie nie są poetami, a jedynie piszą (lepsze lub gorsze) wiersze!

 

Człowiek – niezależnie od płci – postrzegający inaczej rzeczywistość, nie jest w stanie tego, specyficznego sposobu patrzenia na świat, kojarzenia po prostu wyłączyć, ta opcja jest niejako zaimpregnowana!
Gdy ktoś taki, obdarzony (a może raczej obciążony?) tym, specyficznym rodzajem  wrażliwości przechodzi - na przykład - chodnikiem, gdzie robotnicy obcinają gałęzie drzew, by o druty nie zaczepiły, „samo mu się myśli” że oto drzewa, pozbawione z jednej strony gałęzi przypominają pochodnie na wietrze. Tych skojarzeń nie można wyłączyć, by funkcjonowały tylko nad kartką papieru, czy klawiaturą!
Inni przechodnie zauważą jedynie pracowników, przez których trzeba przejść na drugą stronę ulicy i zapewne nawet nie uniosą głów.
Nic w tym odkrywczego, bo każda parabola – nawet odręcznie narysowana – ukaże czytelnikom ile jest cukru w cukrze; czyli ile jednostek wybitnych w ogóle społeczeństwa.
To ma pewne przełożenie na udział „wybitnych poetów” w ogóle poetów.
To oczywiście uproszczenie, bo – jako, że nie istnieje żadna szkoła poetów,  po ukończeniu której otrzymamy certyfikat , że oto jesteśmy świetnymi, (czy też kiepskim) poetami - o rankingu nie może być mowy; nie ma i nie może być skali "kto jest bardziej, a kto mniej poetą". Bardziej mi tu szło o fakt, czy delikwent poczuwa się do poezji, czy ona do niego?
Jeśli więc rzeczony poeta swoją pracę umysłową wykonuje non-stop, to czemu nie produkuje wierszy i tomików jak głupi czapek? Są i tacy, ale nie sądzę, by w światku poetyckim (a tym bardziej szerszym – literackim, się liczyli).
Poddam tu jedynie jeden przykład Jacka Dehnela, którego wysiłki poetyckie przechodzą bez echa, choć sama osoba niewątpliwie robi sporo, by istnieć w mediach nowoczesnych i jest nie do pominięcia dla w celebryckim światku.
Proces tworzenia tomiku, czy zbioru wierszy zawiera – oprócz żmudnego cyzelowania dzieła, od pierwotnego kształtu, po produkt wyjściowy (zdarzało mi się, że trwał on trzy miesiące), zawiera także okresy cierpliwego, „bezowocnego” oczekiwania, na wenę, natchnienie pomysł – czy jak to zwał, kiedy to poeta zajmuje się pracą poboczną; pracą nad już napisanym materiałem. 
W tym miejscu należy się małe sprostowanie; po czeluściach Internetu krąży reklama Uniwersytetu Jagiellońskiego, a ściśle – filologii polskiej na nim – jako szkoły poetów i pisarzy.
Horrendalne nadużycie!
Nikt, nikogo nie jest w stanie nauczyć bycia poetą, czy pisarzem, a tysiące autobiografii Liroyów, Dud, Zagumnych i innych Czubaszków, zalegające na półkach księgarni są tego najlepszym dowodem.
Ci sami autorzy (a raczej – ten sam typ autorów), próbując nadążyć za trendami i zainteresowaniami czytelników, piszą na tematy trendy, na tematy topowe, dostosowując często własne zapatrywania, by były miłe publice i zmiennym wiatrom historii.

 

Zbigniew Herbert  krytykował w wywiadzie-rzece kolegów – literatów, którzy jak za dotknięciem różdżki zmienili poglądy i stanowiska w czasie, gdy twarde stanowisko nie groziło już konsekwencjami. To stanowisko przysporzyło mu wielu przeciwników, także spośród rzeszy kolegów, poetów.
Sam Zbigniew Herbert upierał się, że jego obowiązkiem, jako obywatela – jest zajmowanie stanowiska wobec obserwowanych  wydarzeń i takich, których jest uczestnikiem. Świadomym, czy mimowolnym. 1)

 

Dlaczego o tym wspominam? Bo choć nie mienię się człowiekiem tego samego formatu, co Zbigniew Herbert, to zauważam pewne podobieństwo w traktowaniu prawdy podawanej i udowadnianej przeze mnie (i paru innych), a zwalczaniu jej przez osoby tąż prawdą poruszone.
Jak kiedyś Andrzej Walter zauważył; czy to Marek Jastrząb – pisząc swoje felietony, czy Leszek Żuliński – zapełniając treściami swój poczytny blog, póki piszą co im dyktuje serce i przekonania, wymienieni autorzy, jak  wielu innych felietonistów, eseistów i przeróżnej maści prozaików -   robią to w sposób przekonujący. Przekonujący innych i siebie samego, bez cienia fałszu. Tacy mogą mieć przeciwników i zawsze znajdą się ludzie, którzy nie zgodzą się z ich argumentacją, ale zawsze też znajdą się zwolennicy i zagorzali miłośnicy ich spojrzenia na rzeczywistość, zatem i ich pióra.

 

„Ty, kurwa, tylko piszesz o tym, co ciebie interesuje, a nie o tym, co nas jako redakcję interesuje!” był gromiony Józef Baran na operatywkach redakcyjnych w „Gazecie Krakowskiej”.
 Podobnie i mnie parę, do parunastu osób w miesiącu usiłuje „nawracać” o czym mam pisać, o czym warto, a czym nie muszę sobie głowy zawraca.
Ale dopóki piszę o tym, co MNIE interesuje, mam pewność, że się nie sprzedałem.
Dokładnie te same prawidła kierują pisaniem wierszy – albo ktoś pisze, co mu przyszło do głowy i robi to wtedy tak, że czytelnik w lot rozumie, czuje te słowa, bo poniekąd siedzi w głowie autora, albo inaczej – pisze to, co inni mają w głowie; pisze na zamówienie (niekoniecznie wyartykułowane).

 

Mieć własne zdanie i go bronić – to wielka umiejętność, a przy tym być otwartym na argumenty adwersarzy – to zaleta rzadko spotykana i niezwykle cenna wśród ludzi pióra. W momencie, gdy literat staje „na świeczniku”, zaczyna być słuchany, a może i cytowany - dosyć łatwo popaść w manierę bronienia własnego zdania jak niepodległości, gdyż zaczynamy wydawać się sobie środowiskiem opiniotwórczym.
Nieważne, czy słusznie, czy ta opinia jest słuszna, czy nie, człowiek, parający się słowem powinien mieć świadomość, iż ma wpływ na opinie innych; że należy do środowiska opiniotwórczego.
Zatem upierając się przy swoich ideach wystarczająco długo, by poinformować o nich, zarazić nimi i przekonać do tych idei wystarczającą ilość ludzi – taki pismak jest w stanie przeforsować nawet najgłupszą i najbardziej irracjonalną ideę, wystarczy, że będzie wystarczająco przekonujący – ergo – że sam będzie w te idee wierzył.
            W tym miejscu zaczynamy już rozumieć, jak ogromna odpowiedzialność spoczywa na współczesnym literacie, który pozostawi swój tekst w Internecie, nie ma już od tej chwili kontroli nad tym, ile setek, tysięcy czy milionów czytelników przeczyta ów tekst i zostanie przekonanych do jego rewolucyjnego spojrzenia na rzeczywistość?  Czy to źle? Nie, pod warunkiem, że zaszczepiane w nas idee nie są szkodliwe, argumentacja nie mija się z prawdą i… nie istnieje drugie dno.
Dno, o którym pisał Zdzisław Antolski przy okazji recenzji jednego z moich tomików poezji:
„Literaci tworzą z różnych powodów, pierwszym i najczęściej spotykanym jest chęć zaimponowania, zabłyśnięcia przed sobą i innymi. Patrzcie, mówi zadufany w sobie autor, jak ja potrafię wywijać słowem, jakie piękne metafory stosuję, jakie kunsztowne porównania i przerzutnie. A jaki jestem mądry, jak znam poezję i filozofię. Jakie aluzje wam podaję w wierszu, jak na tacy w eleganckiej restauracji, jakie nawiązania do światowej literatury, I drugi powód pisania: wewnętrzna niewygoda, chęć zrozumienia siebie i swojego środowiska”. 2)

I do szukania w sobie tego drugiego powodu pisania namawiam i proszę czytelników. Bo - jak wyjaśnia dalej Antolski – czytelnik prędzej, czy później pozna szczere pióro instynktownie.
I tu mam wrażenie, że to pisanie „wsobne”, obliczone na pogłaskanie  własnego ego, na lansowanie własnej osoby, czy dawanie samozadowolenia autorowi  - będzie balsamem krótko działającym; nie wróżę takim dziełom długiego życia, a już na pewno nie przejście do potomności.

 

„Krytyka literacka w wysokonakładowych pismach działa jak sieć rybacka w którą łapią się co większe okazy, a płotki przelatują przez oka sieci, które należy rozumieć jako redakcyjną selekcję, jak wystrzelone z procy. Ostatecznym dla autora celem takiej krytyki jest samo odnotowanie książki w wysokonakładowym piśmie i zaistnienie jej w zbiorowej świadomości czytelników, niezależnie od tego co się mówi, w myśl zasady: byleby nie przekręcali nazwiska. Krytyka literacka konsekwentnie ignoruje pisarzy antysalonowych, takich jak Waldemar Łysiak.” (Nonsensopedia)3)

 

Skoro na pisarzu spoczywa taka odpowiedzialność, a poetą być jest tak niewygodnie, to może chociaż krytyk ma lepiej?
Nie sądzę! Sądzę, że ma jeszcze gorzej i ma tego świadomość (przynajmniej taki, co to przykłada się do swojej roboty i zna ją jak zły szeląg).
Krytyk jest społecznikiem, wykonującym funkcję społecznie użyteczną którą  - często – sam na siebie nałożył! Aby tą funkcję dobrze wykonywać musi on od siebie odsunąć prywatne animozje, zatem musi się uzbroić w szczególny rodzaj etyki. Dowód?
W ostatniej dekadzie byliśmy świadkami przestępstw, oszustw, a nawet morderstw dokonywanych przez poetów, twórców.
Czy kto słyszał – na przestrzeni ostatniego półwiecza o takim przestępstwie, dokonanym przez krytyka?
Ten rodzaj etyki, właściwy krytykom, odbija się chyba także w ich sposobie funkcjonowania, rozwiązywania życiowych dylematów, postrzegania świata.
Czy zatem wywijanie piórem jest lżejszą pracą, niż kielnią, czy kilofem?
Wydaje się z powyższych słów, że nie, ale mam wrażenie, że jakakolwiek praca wykonywana z pietyzmem i dbałością o szczegóły, jest taka właśnie; męcząca, czasochłonna i dająca wiele satysfakcji. Czego i czytelnikom życzę.



1) „Obywatel poeta – Zbigniew Herbert”, TVP Historia, z 09.02.2015.

 

3) http://nonsensopedia.wikia.com/wiki/Krytyka_literacka

 

Słowo - tworzywo plastyczne

by Krzysztof Kwasiżur czerwiec 08, 2015

 

 

Pisząc pierwotną wersję niniejszego felietonu (nie ukrywam, że kierowanego w głównej mierze do niewiele, lub średnio zaawansowanych twórców poezji, choć z nadzieją, że i „stare wygi” uszczkną z tych pomysłów) posiłkowałem się przykładami z moich tekstów, lecz pewne skostniałe nawyki myślowe wciąż pokutujące u niektórych redaktorów przeszkadzają im czerpać z CAŁEGO dorobku współczesnej poezji  polskiej, z poetów średniego, czy młodego pokolenia – z żalem konstatuję iż wierzą jedynie w starych mistrzów (lub jedynie ich znając) – mieszają te same nazwiska niczym w betoniarce, biorąc je za przykłady.

 

A rzecz tym razem idzie o  wyjątkowo wysoką stawkę, dlatego najchętniej posłużyłbym się przykładami jedynie z własnych utworów. Nie dlatego, że uważam je za najtrafniejsze, czy najlepsze, ale chcąc mieć pewność o stuprocentowej trafności dowodów na własne słowa, a gdy opisujemy dzieła cudze – nawet najbardziej znanych klasyków – zawsze pozostajemy w sferze domysłów mniej, lub bardziej prawdopodobnych; co wielki poeta na myśli miał? Lub dlaczego tym narzędziem się posłużył, a nie innym?

Po tak solidnym wstępie, mogę przejść do sedna sprawy, które przedstawia się następująco:

Jak materiałem piekarza jest mąka, czy raczej ciasto z którego uformuje dowolną bułkę, chleb, czy rogalik, jak materiałem, w którym pracuje rzeźbiarz jest glina, czy gips – tak samo plastycznym materiałem dla poety jest słowo.

Nie na darmo biolodzy, na spółkę z psychologami udowadniają  nam, iż zdolności słowotwórcze, pomocne w nauce języków dziedziczymy od przyrody jako dzieci, zanikają one dorosłości u wszystkich… z wyjątkiem poetów.

Nie unika wątpliwości, że słowo (celowo nie piszę o języku a „słowie” – przypomnijmy sobie: „Muzo/Natchniuzo/tak/ci/końcówkowuję/z niepisaniowości…”[1] – już w tym przypadku Białoszewski kładzie nacisk na SŁOWO, jako budulec utworu, niezbyt przejmując się JĘZYKIEM, jego składnią, poprawnością),  jest sposobem kontaktowania i komunikowania się poety z odbiorcą.

Poeta nie ma innego sposobu przekazania swojej koncepcji twórczej; nie ma do dyspozycji farb – jak malarz, gdzie po namalowaniu dzieła (mrocznego, lub barwnie wesołego) ma gwarancję, iż odbiór obrazu przez tysiące oglądających będzie dokładnie taki  jak zamierzył – no chyba, że jego technika mu na to nie pozwala i zamiast zamierzonego, mrocznego, wzburzonego morza, wyjdą bohomazy.

Podobnie u poety – dysponuje on tak plastycznym, dającym się formować materiałem, że nie ogranicza go bynajmniej materiał, z którym przyszło mu pracować, tylko poziom warsztatowy, wyobraźnia i inwencja!

 

Milczenie jest złotem

 

Tak, jak można wykorzystać ozdobniki, bogatą ornamentykę i „esy floresy” w wierszu, tak samo można wykorzystać oszczędne, ascetycznie używane słowo – jako nośnik ekspresji, np. chłodu, czy pustki.

 

„Góra
chmury pękały czarne
coraz czarniejsze
jakby koni frygijskich groźne tabuny
aż grom
przeszył obraz nie dokończony jeszcze
a model spadał
głową w dół
w płótno
i wrósł
w ciepłe jeszcze kontury
nagłego olśnienia…”[2]

Tu, istnieje zaplanowana przez poetę chwila głębokiej ciszy między pierwszym, a drugim wersem cytatu (jak i czwartym – piątym)  wzmocniona jeszcze przez odpowiednią wersyfikację. Daje to efekt zagubienia i pustki (korespondujący z tematem wiersza i tworzy dodatkową „figurę stylistyczną”).

Ale podobny, oszczędny sposób gospodarowania słowem w utworze minimalistycznym utworze, pozbawionym rymów daje już inny efekt:

 

Nasze pomniki
Są dwuznaczne
Mają kształt dołu

Nasze pomniki
Mają kształt
Łzy

Nasze pomniki
Budował pod ziemią
Kret…”
[3]

 

na przykład efekt ciszy, czy sterylności w której osadzona jest opisywana w takim wierszu akcja. Wystarczyło jednak – kontynuując ten sam utwór – wprowadzić nowy element; urywane równoważniki zdań, półsłówka, zaledwie sugerujące dalszy przebieg akcji, by uzyskać efekt zwiększego tempa i chaosu, czy – jak w niniejszym przykładzie – grozy i zaskoczenia, graniczącego ze stuporem:

 

„…Nasze pomniki
Mają kształt dymu
Idą prosto do nieba”[4]

 

Widać z tego niezbicie, że i słowem i jego brakiem w wierszu można sterować, uzupełniając treść utworu o nowe wartości, które – odpowiednio dobrane – są czymś na kształt zmiany pędzla u malarza; inny efekt da grube pociągnięcie ławkowcem, a inny misterne kreślenie najcieńszą „jedynką”.

 

Rytm jako środek wyrazu, rytm jako narzędzie

 

Podobnym narzędziem w wierszu jest rytm, przez młodych, mało doświadczonych adeptów poezji traktowany po macoszemu.

Zauważam, że początkujący poeci zaczynają swą przygodę z poezją od wierszy białych, czy nierymowanych, jako wierszy „łatwiejszych”, nastręczających mniej kłopotów.

Nic bardziej mylnego!

Opanowanie rymu z czasem pozwala panować nad rytmem, a to z kolei rozszerza w ogromnym zakresie możliwości.

Dzięki rytmowi nie tylko można uspokajać, kołysać, korespondując z akcją „kołyszącego” utworu, niejako podbijając jego obrazowość:

 

„ I dudni, i stuka, łomocze i pędzi,

    A dokąd? A dokąd? A dokąd? Na wprost!

    (...)

    Do taktu turkoce i puka, i stuka to:

    Tak to to, tak to to, tak to to, tak to to.“[5]

(z podobnym sposobem wykorzystania rytmu mamy do czynienia w wierszu Leopolda Staffa „Deszcz jesienny”, gdyby ten utwór uważał za mało ambitny). Korzystając ze zmian rytmu można także wyeksponować, oddzielić fragmenty, sekwencje wiersza. Tu, szukając przykładu, najłatwiej  będzie mi się posiłkować własną twórczością:

 

A czarty wrzeszczą jak opętane

już by przestały, bo słuchać przykro,

siedzą na drzewach, klną na przechodniów.

Park pustoszeje i słońce znikło.

Przez park wieczorny to strach przechodzić,

bo tylko wrzaski, krzyki, swawole,

a wszystkie groźne, wszystkie skrzydlate

i każdy w czarnej skąpany smole.

Im ciemniej, mroczniej, tym mniejsza nadzieja

że jakiś śmiałek podejdzie wkurzony

i dojrzy – w diabłach harcujących w kniejach

typowy obraz – najzwyklejsze wrony.[6]

 

Powyższy utwór opiera się na efekcie niespodzianki, jednak jest ona większa, gdy utwór jest jednolity. Jednocześnie, już na pierwszy rzut oka czterowiersze odcinają się tematycznie, tworząc jakby kolejne rozdziały tejże opowieści i sukcesywnie zmierzając do finału.

Można było ten utwór podzielić (a nawet należało) na czterowersowe strofy, a jednocześnie należało ją przedstawić JEDNYM CIĄGIEM, niczym dowcip, który ma wartko i nieuchronnie zmierzać do puenty bez podziału na strofy, które – jak rozdziały – w dowcipie są niewskazane.

Tu objawia się zaleta rytmu; pozwoliła mentalnie podzielić utwór na strofy, fizycznie tego nie czyniąc!

Nie podejmuję się oceniać poziomu powyższego utworu, bo i z założenia nie miał epatować wysokim poziomem, ma bawić. Służył jedynie za przykład.

Osobną kwestię stanowią też utwory rymowane i rymy same w sobie, gdyż są osobnym narzędziem, nierozłącznie powiązane z „plastyką słowa”, lecz to już temat na osobną opowieść…

 

6)K. Kwasiżur, „Czarty” (w:) Tak po prostu, str. 23

 

5)J. Tuwim, „Lokomotywa”


4)Tamże.

3)T. Różewicz, „Pomniki”

2) E. Stachura, „Metamorfoza” (w:) gdańskim dwutygodniku „Uwaga”.

 

1) M. Białoszewski, „Namuzowywanie”, (w:) Mylne wzruszenia, Warszawa, 1961

 

 

Korzenie, czyli Donkiszoteria stosowana – cz. 3

by Krzysztof Kwasiżur czerwiec 02, 2016

\

Jedna z zasad pisania dobrych wierszy mówi o tym, że wiersz musi być o CZYMŚ, że musi podejmować temat, który nie jest błahy, lub dawać czytelnikowi pożywkę do ważkich przemyśleń, mocnych przeżyć. Inna – że wiersz powinien być nowatorski.
Trudno jest zachować te wymogi, kiedy autor opisuje wydarzenia, widoki, czy uczucia, których sam nie dostąpił. Takie pisanie zawsze będzie nienaturalne i mało przekonujące.

 

Może i dało by się obejść ten mankament, podróżując z miejsca, na miejsce (co poniektórzy czynią), by poznawać miejsca, czy uczestniczyć w wydarzeniach, które chcemy opisać, ale opłacalność tych zabiegów jest wątpliwa. Nie każda wydana książka gwarantuje zwrot kosztów naszej eskapady, bo mamy świadomość, że znikomy ułamek książek zapewnia autorowi zysk z naddatkiem.
Zatem jedyne, logiczne rozwiązanie jakie się nasuwa – to pozostawać w tematyce, którą znamy od podszewki, w której jesteśmy ekspertami, bo od urodzenia w niej tkwimy.
Nie sugeruję tu bynajmniej nagminnego pisania chmar autobiografii (chyba, że mamy pewność, iż nasze losy obfitowały w wydarzenia nietuzinkowe, uczące, takie które winny być zachowane).
Sugeruję, że każdy z nas nosi takie źródło wiedzy i prawd niepodważalnych, które nabywa się w procesie socjalizacji, wychowania - jedyne i niepowtarzalne; nie istnieją dwie tak samo wychowane jednostki, dwa takie same dzieciństwa.
Nawet bliźniaków nie ma możliwości  tak samo wychować w jednym domu, przez jednych rodziców-  będą miały różne charaktery, a co dopiero mieć nadzieję, że dwóch literatów z dwóch krańców kraju, czy globu miało by tak samo odczuwać rzeczywistość?
Celowo piszę o odczuwaniu, a nie poglądach, bo pisząc te słowa – mam na myśli głównie poezję (choć i do innych dyscyplin literackich to przystaje).
ODCZUWANIE - to jedyna istotna różnica pomiędzy przekazem poety, a publicysty, powieściopisarza, nowelisty, reportera.
Prozaik, nowelista, jest w stanie przekazać czytelnikowi treść, ba! Opis miejsca akcji.
Reporter jest w stanie i bierze sobie za zadanie opisać wydarzenia, czas, miejsce akcji.
Sprawny publicysta jest w stanie nawet przekazać odbiorcy własny tok myślenia!
Lecz jedynie poeta zmierzy się z przekazaniem odbiorcy własnych odczuć i uczuć. Bez opisywania ich. Na zasadzie „masz i czuj!”
            Wróćmy więc do głównego wątku; (odczuwania). Nie jesteśmy w stanie opisać pustyni, jeśli jej nie widzieliśmy na własne oczy, bazując jedynie na wiedzy poznanej z encyklopedycznych opisów Sahary, gdy piszemy wiersz o mieście Budżdur (Sahara Zachodnia). A jeśli nawet to zrobimy, będzie on sztuczny, sztubacki, a jego nienaturalność będzie rozpoznana nawet przez mało wprawnego w poezji odbiorcę.
No chyba, że wiersz ma być o zbieraniu danych w google o pustyni!
To także może się okazać nie lada przygodą, jak mówi mi moje własne doświadczenie, bo nawet do najkrótszego utworu trzeba się przygotować, uzupełnić wiedzę.
Nie ma przecież człowieka, który by znał się na absolutnie wszystkim (ten fakt wykorzystują twórcy teleturniejów wiedzowych – układając pytania z jak najszerszego zakresu tematycznego, a nie wąskich, specjalistycznych dziedzin).
Po co piszę o tych oczywistościach?
Bo nie namawiam do pisania utworów opisowych traktujących o rzeczach, które już znamy, właśnie poznajemy, lub pamiętamy z własnej przeszłości. Będę namawiał usilnie do sięgania PODCZAS PISANIA do tejże wiedzy!
Pisać o rzeczach nowych, nieznanych, właśnie wymyślanych, ekstrapolując swoją wiedzę, doświadczenie życiowe, by stworzyć nowy utwór-przypowieść i aby osadzić fabułę wiersza w jakichś realiach.
Wbrew pozorom nie jest to jakaś herezja, ani obrazoburcza teoria.
To sprawdzony przepis na sukces! Kto go sprawdził?
Sięgnijmy po utwory z polskiej poezji, które odniosły niezaprzeczalny sukces. Sukces nie tylko komercyjny, ale przekładający się także na rozpoznawalność  (utworu i autora).
Ksiądz-poeta Jan Twardowski pisał:

 

„Bałem się oczy słabną - nie będę mógł czytać
pamięć tracę - pisać nie potrafię
drżałem jak obora którą wiatr kołysze
 
- Bóg zapłać Panie Boże bo podał mi łapę
pies co książek nie czyta i wierszy nie pisze”
1)

 

pisze swój, mocno łapiący za serce wiersz, wcale nie emanując tematyką religijną, nie indoktrynując czytelnika naukami duszpasterskimi. Sięga jedynie po wiedzę wszystkim dostępną (drewniana szopa na wietrze ulega podmuchom, jej skrzypienie wprawia w niepokój, pies emanuje pozytywną energią, podanie przez niego łapy jest gestem przyjaźni).
Jeśli  nawet nie każdemu czytelnikowi zdarzyło się przeżyć burzę w drewnianej szopie, w towarzystwie jedynie psa – to łatwo sobie tą sytuację wyobrazi, łącząc fakty, które na pewno poznał. Kto z nas nie obserwował swawolącego psa, nie został przez niego polizany, nie widział burzy, czy drewnianej, mizernej konstrukcji budowli?
I zdawało by się, że wiersz napisał pasterz owiec, nigdy nie wyjeżdżający z Podhala, a to ksiądz z Warszawy!
Zatem to kim jesteśmy, co robimy, nie musi wcale nas zamykać w ramach, co do sposobu pisania.

„Kto go nauczył takiej mowy,
że, nawet niedopowiedziane
nie mogło się pomieścić w głowie,
za szybko uchem połykane.

Nie było w opowieściach skargi,
lecz czasem tak się wydawało,
jakby oczami, nie przez wargi,
słowo ze łzami wypływało”
2)

Powyżej mamy przykład wiersza, w którym autor podczas konstruowania narracji, realiów utworu i języka (wykorzystanego do porozumiewania się z odbiorcą wiersza i tego, który podmiot liryczny używa) pełnymi garściami czerpie z własnej przeszłości, realiów geograficznych.
Dzięki temu konstrukcja jest przejrzysta, choć poeta nie stroni od trudnych, pokrętnych metafor.
Nie to, żebym chciał między tymi twórcami stawiać znak równości, lub ich ze sobą porównywać. Chcę czytelnikom ukazać kilka sposobów rozwiązania tego samego problemu. Problemu cennej bliskości autor-czytelnik, uzyskiwanej poprzez swoiste „wyrównanie poziomów”; czytelnika i autora wiersza, obaj zaczynają eksploatować utwór z jednego poziomu – dziecinnej czystości, niewinności, zwiększonej wrażliwości, którą daje odnoszenie się do faktów poznanych w dzieciństwie, czy młodości.
Broń Boże nie sugeruję infantylizmu! Infantylizm odstręcza i oznacza zawsze brak szacunku dla czytelnika (chyba, że jest zamierzonym zabiegiem literackim)!
A Rafał Wojaczek – skoro urodził się w Mikołowie, to pewnie pisał o węglu, kominach i wszystko w gwarze śląskiej? Wiemy, że nie.
Podobnie jak  Rainer Maria Rilke, który urodził się i wychował w Pradze, a przecież pisał o sprawach zrozumiałych i bliskich wszelkim nacjom (przecież większość z nas, czy biały, czy czarny – przeżyła dzieciństwo i była przez rodzica układana do pościeli):

„W pokoju ciemność była istnym skarbem,
gdzie chłopiec siedział cicho jak w ukryciu.
A kiedy matka jak we śnie wchodziła,
drżały naczynia w zacisznej serwantce.
Czuła, że pokój obecność jej zdradza
i całowała chłopca: Ach, tu jesteś?... (…)”
3)

czy zatem Gϋnter Grass, gdy pisze:

„…Dzisiaj, przed jeszcze zamkniętą kasą
ocierała się w dłoni dłoń
przygnębiony starzec i delikatna
staruszka.
Film obiecywał miłość”
4)

to odnosi się do jakiejś wiedzy znanej jedynie kręgowi wtajemniczonych?
Wiersz jest czytelny dla wszystkich, lub prawie wszystkich, a nie tylko dla Niemców, urodzonych w Wolnym Mieście Gdańsk, w rodzinie kupieckiej! Przecież zacytowany fragment sięga do widoków-symboli, z którymi się KAŻDY czytelnik zetknął:
Para starszych ludzi, kasa (jakakolwiek), oczekiwanie na otwarcie jakiejkolwiek instytucji.
Zatem – pisząc – czerpać z wiedzy uniwersalnej, ogólnie dostępnej, czy doświadczeń indywidualnych? I tak, i tak!
Pisząc, sięgać do najgłębszych pokładów pamięci i własnych doświadczeń, a składając to w zdania, starać się czynić to jak najbardziej uniwersalnie i zrozumiale dla wszystkich.
Proste? Nie.
Ale nikt nie obiecywał, że będzie łatwo…

1) J. Twardowski, „Bałem się” (z:) „Który stwarzasz jagody”,Kraków, Wydawnictwo literackie, 1983.

2) B. Kozieński, „Nie szkoda gadać” (z:) „Nie szkoda gadać”, GOLDDRUK, Nowy Sącz, 2010, ISBN: 978-83-60600-25-3, str. 17

3) R. M. Rilke, „Dzieciństwo”, (z:) „Księga obrazów. Ofiary dla Larów. Chrystusowe wizje”. Przeł. A. Lam, Warszawa 2009

4) G. Grass, „Miłość”, przeł. M. Krzysztofiak.

 

Absztyfikanci Grubej Berty – czyli o wulgaryzmach w wierszu

by Krzysztof Kwasiżur marzec 11, 2015

 

 

„Wulgaryzmy to maszty statku języka polskiego. Na nich dopiero rozpiąć można czyste, białe żagle mowy wysokiej. (…) właśnie ich zazdroszczą nam Czesi. Tego, ile przedrostków dodać można do tych dwóch czasowników wyrażających w zasadzie rytmiczny ruch biodrami. I za każdym razem znaczenie będzie inne.”

Janusz Rudnicki

 

A kto widział statek z setką masztów? Czy – przy swym ciężarze - spełniał by jeszcze swą rolę należycie?

 

Wydawało się, że stosowanie wulgaryzmów w kulturze wysokiej jest nie do przyjęcia, tabu to jednak od dłuższego czasu przestało dotyczyć poezji, prozy, teatru. Powstało wiele utworów prozatorskich i poetyckich, które czerpały z takiej konwencji.
Martwi mnie jednak, gdy obserwuję, jak na wszelakich portalach, blogach i innych stronach typu: „poezjamiłośna.cudo.cośtam” autorzy, pretendujący do miana poetów utykają bez opamiętania protezy emocji, miast samych emocji. Płaskie to, niczemu nie służące (a na pewno nie poezji, czy językowi) i monotonne. A przede wszystkim sztuczne, a czytelnik nie lubi być oszukiwany i szybko zwietrzy nieszczerość autora.
O czym prawię?
O przekleństwach i wulgaryzmach, tak chętnie ostatnimi czasy używanych w wierszach pretendujących do miana poezji nowoczesnej.
Poddaję tym wszystkim twórcom już na wstępie pod rozwagę, że to właśnie poeci i pisarze mają moc twórczą, jeśli idzie o ewolucję języków i to właśnie poeci posiadają do tego narzędzie. Narzędzie, które małym dzieciom pozwala uczyć się bez trudu języków, na zasadzie ekstrapolacji – wystarczy, że poznało ono odmianę podobnego słowa w danym języku, a poprawnie użyje, odmieniwszy (jeśli nie jest wyjątkiem) inne. Ta umiejętność u dorosłego zanika, jak umiejętność rozpoznawania rysów twarzy czarnych czarnoskórych, czy małp - jeśli wychowamy się wśród białych. U wszystkich zanika, prócz… poetów. Dlatego to oni nie mają trudności z radosnym słowotwórstwem i dlatego to oni powinni czuć się szczególnie odpowiedzialni za język ojczysty, gdyż mają moc niszczenia go, lub „wyniesienia na ołtarze”.
Wulgaryzm – sam w sobie jest tylko jedną z wielu figur stylistycznych (jak pistolet jest tylko kilkoma, połączonymi odlewami z metalu i sprężynami; dopiero w rękach człowieka staje się narzędziem do wbijania gwoździ, narzędziem obrony kraju, lub mordu).
Nie można stronić zupełnie od jego używania, jak niemożliwe jest pisanie wierszy założywszy, iż nie będziemy w nich używać np. alegorii. Teoretycznie dało by się zapewne unikać, kluczyć i nie stwarzać okazji do użycia, ale takie samoograniczanie nasz talent (domniemany, lub faktyczny) ograniczy.
Zatem będziemy go używać, lecz ostrożnie, niczym rewolweru!
Niedawno natknąłem się na utwór o tytule „Zajebiście” na jednym z portali zwolenników brania się za bary z muzą.
Ani tytuł ambitny, ani utwór wysokich lotów, ani nawet autor znany nigdy nie będzie,  więc nie ma się co zżymać – powie ktoś?
Otóż nie! Bo oto na naszych oczach tytuł pośledniego twórcy następny raz sankcjonuje użycie tego słowa w mowie potocznej (Kowalski wciąż ufa słowu pisanemu bardziej, niż mówionemu), sprawiając, iż statystyczny Polak śmielej użyje tego wulgaryzmu w mowie potocznej (skoro nawet w wierszu to widział, to znaczy, że jest mandat na używanie).
Niewiele już osób pamięta – a już z młodzieży chyba nikt – że rdzeń tego słowa to „jeb/”, a cały wyraz podstawowy brzmi: „jebać”.

Tę niepamięć udowadniam fragmentem dyskusji na forum, dotyczącej umieszczenia nowego hasła:

„zajebisty - wulgarnie: fajny, interesujący"

juzek_stalin # 2003-08-19
co ty k... wiesz o wulgaryzmach??!!
Jak to jest wulgarne to ja jestem papieżem

dnbman # 2004-09-07
to jest bardzo dobre słowo!!!!!!!!!
gosc # 2006-08-23
Niekonsekwentna ta dzisiejsza młodzież.
Skracają wszystko co się da - > spoko, nara itp. a męczą się z ZAJEBIŚCIE zamiast krótko powiedzieć FAJNIE

~gosc # 2007-06-18
No faktycznie.

~gosc # 2008-01-17
To nie jest wulgaryzm
hotpotatoe # 2008-03-17
zajebiście jest zajebistym wyrazem, dlatego że pasuje do każdej sytuacji. to nie oznacza tylko krótkiego 'fajnie' ale ma całe mnóstwo znaczeń, w zależności od kontekstu. nie ma drugiego takiego słowa :D i raczej nie jest wulgaryzmem
~gosc # 2008-08-12
"zajebiście nie jest wulgaryzmem . Dowodem na to jest fakt, iż moi znajomi uczą się tego wyrazu na lekcji j. niemieckiego.
~gosc # 2008-12-30
http://sjp.pwn.pl/lista.php?co=zajebi%B6cie&od=&from=os wyraźnie mamy stwierdzone, że "zajebiście" nie jest wulgaryzmem, a jedynie kolokwializmem.
~gosc # 2012-08-09
te słowo wcale nie zamierzało być wulgarne przy tworzeniu jego przez polską młodzież!!!
~gosc # 2013-06-28
Oczywiście, że jest to wulgaryzm. Używanie go świadczy o ubóstwie językowym i lenistwie. Generalnie jest wyrazem rażącym, jeśli używa się go w mediach, co niestety się zdarza. 1)

 

Oczywiście – powyższy fragment dyskusji, ani argumenty w niej przytoczone nie mają mocy dowodowej w sprawie.
Przytoczyłem ją, by zobrazować mechanizm szybkiego zakorzeniania się nawyków językowych do mowy potocznej, a stamtąd do literatury (najpierw niskiej, potem wysokiej, gdzie staje się usankcjonowanym elementem kultury). A i przy okazji daje to obraz, jak niewielki stopień świadomości społeczeństwo ma – co jest, a co nie jest wulgaryzmem.
Cokolwiek więc konstruujemy; czy to bajkę, czy zeszyt ćwiczeń dla dzieci (w książce dla dzieci od lat 4 „Uczę się czytać z rodzicami. Przewodnik dla rodziców” czytamy: „Spróbuj zapamiętać, że mała litera „d” ma kółeczko (dupkę) z tyłu. Dupka zawsze jest z tyłu.
2)), trzeba mieć świadomość, że to, co napisaliśmy nie kończy swego żywota wraz z postawieniem ostatniej, naszej kropki, lecz dopiero zaczyna żyć, życiem samodzielnym i przez nas nie kontrolowanym.
Jak to się ma do wulgaryzmu, czy kolokwializmu w wierszu?
            Od dziesiątków lat pochodzenie słowa „wulgaryzm” jest to samo: łacińskie vulgaris = ludowy, pospolity.
Jak rodzynki w cieście – mogą te ludowo-pospolite rodzynki  podkreślić charakter naszej pracy, bądź zagłuszyć tak, że ich rynsztokowa natura przygłuszy wiersz tam, gdzie tego wcale nie chcemy.
W tytule niniejszego eseju posłużyłem się fragmentem utworu J. Tuwima „Całujcie mnie wszyscy w dupę” który – jako przykład użycia wulgaryzmów – jest tak znany, że doczekał się dziesiątek kopii, naśladowców i wielu autorów natchnął. Jednak utwór ów – tak naszpikowany wulgaryzmami, kolokwializmami i neologizmami o pejoratywnym zabarwieniu – nie może nikomu (a zwłaszcza tobie, młody autorze wiersza) dawać mandatu do podobnego sposobu pisania.

 

„Absztyfikanci Grubej Berty
I katowickie węglokopy,
I borysławskie naftowierty,
I lodzermensche, bycze chłopy.
Warszawskie bubki, żygolaki
Z szajką wytwornych pind na kupę,
Rębajły, franty, zabijaki,
Całujcie mnie wszyscy w dupę...” 3)

 

pisał Tuwim, nie szczędząc tej figury retorycznej odbiorcy. Ale to nie znaczy że zawsze tak pisywał! Jedynie w tym utworze przyjął taką konwencję, usprawiedliwioną tym razem przez prześmiewczą formułę wiersza, przez swoją wysoką pozycję w świecie literackim, przez ogólnie wiadomy alkoholizm poety 4) i jego nonszalancję (także znaną wszem i wobec).
Zatem w tym wierszu wulgaryzmy nie rażą, bo nikt ich nie traktuje poważnie. A inne?

 

„Dzieci są milsze od dorosłych
zwierzęta są milsze od dzieci
mówisz że rozumując w ten sposób
muszę dojść do twierdzenia
że najmilszy jest mi pierwotniak pantofelek

no to co

milszy mi jest pantofelek
od ciebie ty skurwysynie.”

 

pisze Andrzej Bursa w wierszu „Pantofelek”, wstrząsając czytelników i na zasadzie antynomii ukazać – niczym jing i jang – dobro i zło świata.
A więc, młody poeto wynikła logicznie z powyższych słów rada; wulgaryzmów używaj raczej w przypadku, gdy służą one celowi nadrzędnemu w wierszu, na przykład wyeksponowanie czegoś, (ale nie tylko, kombinuj!) albo gdy twoja wysoka pozycja w świecie kultury  pozwala na przeklinanie wszystkich i wszystkiego bez konsekwencji, trzecia ewentualność?
Jeśli jesteś alkoholikiem z WSZYSTKIM znaną skłonnością do alkoholu!
W innych przypadkach – zrobisz krzywdę nie tyle sobie, ale językowi, którego ewolucja zostanie przez twój wiersz skierowana na manowce.


4) http://wyborcza.pl/56,75475,14594571,Wachal_spirytus_i_nosil_dziurawa_czapke__119__rocznica.html#TRNajCzytSST

3) J. Tuwim, „Całujcie mnie wszyscy w dupę”

2) http://wyborcza.pl/51,75478,17510784.html?i=1 (stan na dzień: 07.03.2015)

 

1) http://sjp.pl/zajebi%B6cie (stan na dzień: 06.03.2015)

 

 

W okrągłych ogniach, w klatkach z lin – czyli logika w poezji

by Krzysztof Kwasiżur kwiecień 28, 2014

 

 

Poezja i logika – to zdawało by się dwa odległe poletka, dla poetów (zwłaszcza początkujących) może być zadziwiający fakt, iż wiersz musi rządzić się żelazną logiką.
Jak Niels Hav - pisarz i poeta duński pisał - „Poezja nie jest dla mięczaków ! / Wiersz ma być tak samo uczciwy jak indeks akcji…” 1)
Uczciwy i logiczny. Jednak nie musi być to logika z tych, które wszyscy znamy.

 

Jako humaniście z charakteru, z wykształcenia i z wyboru – sen z powiek spędzały mi zajęcia z logiki;  zaliczenie tego przedmiotu graniczyło z niemożliwością, lecz  teraz, po latach,  uważam go za dar losu gdyż uświadomił mi kilka spraw. Między innymi to, że uczciwość, o której pisał Niels Hav – to nie tylko uczciwość wobec siebie samego, bez której nie ma dobrej poezji (doświadczonych autorów nie muszę o tym przekonywać, więc nimi na razie nie będę się zajmował. Wytrawni poeci wiedzą, że jeśli zaczną wiersz z poziomu szczerości, to wiersz będzie szczery, prawdziwy. Może być co najwyżej technicznie niedoskonały, ale to kwestia poprawek, lub uzupełnienia wiedzy).
Jest także uczciwość wobec czytelnika, czy słuchacza, która nakazuje poecie trzymać się realiów świata, który autor sam stwarza i do którego zaprasza czytelnika.
Prosty przykład z filmu „Avatar”, który co prawda jest całkiem inną gałęzią twórczości, ale ma tą zaletę, że nie ma chyba młodego człowieka w świecie cywilizowanym, który by go nie widział.
James Cameron stworzył nie tyle scenariusz filmu o niebieskich, dwumetrowych ludzikach na zielonej planecie, co nowe realia, nowego świata, który był tak konsekwentny, że nie podlegał dyskusji wchodzących weń widzów. Proste, czytelne reguły ułatwiają zrozumienie logiki świata, który nie jest naszym światem – więc należało by się raczej spodziewać trudności w zrozumieniu nowej, nieznanej „nieziemskiej” logiki.
Na szczęście autor scenariusza sam jest uczciwy wobec reguł gry które narzuca.
Jak to ma się do literatury a ściśle do poezji?
„W okrągłych ogniach, w klatkach z lin” w tytule tego felietonu – to fragment „Karuzeli z madonnami” Mirona Białoszewskiego.
Zdawało by się, że akurat Miron Białoszewski nie jest najlepszym przykładem na logiczny wiersz, zważywszy, że w jego dorobku jest i „Podłogo, błogosław!”, czy „Namuzowywanie”. Jednak autor, gdy podjął decyzję, że wiersz będzie kiczowaty, barwny i rozedrgany, ani na chwilę nie przestaje taki być, co oddaje atmosferę wesołego miasteczka w małej mieścinie.
Podobieństwo kobiet z karuzeli obrazów włoskich mistrzów – raz zasugerowane fragmentem:

“A one w Leonardach min,
W obrotach Rafaela” 2)

utrwala później, dodając jednocześnie element pędu, obrotów, są później powtarzane i wzmacniane (w takim samym pozornym chaosie) fragmentem:

“…I preryfe
         rafa
            elickie
         madonny” 3)

a przy okazji poeta (dzięki słowotwórstwu, w które wplata  wzmacnia tenże element chaosu towarzyszący od początku czytelnikowi.
Po co ta analiza, skoro nie ujawni ona niczego nowego? Żeby ukazać, jak Miron Białoszewski w tym utworze jest wierny logice, którą stworzył; na poły chaotyczny wiersz jawi się teraz poukładanym i doskonale przemyślanym. Tu jest tylko pozorny chaos, drogi adepcie trudnej sztuki pisania wierszy! Zaplanowany w każdym calu.
W międzyczasie są jeszcze wizje na granicy zrozumienia.
Zapewne widziałeś – młody poeto – karuzele z wesołego miasteczka; kolorowe koniki zwisające z linek służące za siedziska dzieciom i „madonnom” małomiasteczkowym. Faktycznie – obserwowani spoza karuzeli uczestnicy zabawy wyglądają spomiędzy lin jak w klatce!
Tu jest logika, aczkolwiek nie ta sama co w wypowiedzi potocznej, jednocześnie autor jest jej wierny od pierwszego, do ostatniego wersu.
Swego czasu w innym felietonie opisywałem  trudną sztukę pisania erotyku, podając przykłady z „wielkich”. Ale – jak widać – to nie najważniejszy aspekt poezji, sprawiający kłopoty młodym autorom. Ani nawet najbardziej rzucający się w oczy.
Ten sam M. Białoszewski pisał:

nie grzeb się w łazience
kładź się na tapczanie
czekam na kochanie
- pasta jeszcze jest ?
- jest
- a mbest?
- pstrest
a kochanie?: nie spodziewanie
się tak znów za bardzo aku-
rat dziś no chyba że ho ho 4)

Jakkolwiek ten  krótki, lekki w treści i utwór i - zdawało by się, jest kiepskim  przykładem na logikę w wierszu, tak ukazuje – młody poeto – drugi aspekt logiki w wierszu; chronologię!
Pierwszy wers: „nie grzeb się w łazience”, mamy więc już zarysowane miejsce akcji, niczym w grubej powieści przed rozwinięciem akcji; wiemy że rzecz dzieje się w łazience. Bez tego, krótkiego sygnału w kierunku czytelnika nie miałby sensu wers: „- pasta jeszcze jest ?”, ani bez drugiego i trzeciego, które uświadamiają czytelnikowi, iż bohaterów akcji jest dwoje – nie miałyby większego sensu następne.
Teraz dopiero fragment: „- a mbest?/- pstrest”  opisuje zabawny proces dialogu ze szczoteczkami i pastą w ustach. Bez tych poprzednich, byłby to tylko bełkot, za to z poprzednimi wersami ten bełkot staje się clou utworu.
Ale w równie zdawkowym wierszu Ewy Lipskiej „Tylko po to” 5) (może czas już zacząć powoływać się na poetów średniego pokolenia, a nie wiecznie na Starych Mistrzów?) na  nie doszukamy się chronologii, bo cały utwór jest monologiem podmiotu lirycznego w kierunku siły wyższej.
A więc możesz przepuszczać – drogi czytelniku pragnący posiąść tajniki  tej profesji – że nie o taką chronologię ani logikę tu idzie.
Idzie tu o specjalną chronologię; przekazywania informacji czytelnikowi, dawkowania  wiedzy słuchaczowi, czy czytelnikowi w taki sposób, aby ta wiedza konstytuowała się w jego umyśle w sposób zamierzony przez autora, niejako nakładania tych warstw w zamierzonej przez siebie, LOGICZNEJ kolejności, a nie narzucenia tej sterty obrazów, alegorii i metafor choćby nawet najtrafniejszych – jak sterty gnoju na jego umysł.
Nie ma większego problemu, gdy wiersz przyjmuje formę dialogu z wyimaginowanym rozmówcą, jak na przykład w „Epitafium” Ernesta Brylla. 6)
Podmiot liryczny instruuje turystę, czy też odwiedzającego mieście. Wiersz ma formę dialogu i jego długość (wiersza i dialogu) będzie tym pokaźniejsza, im więcej informacji chce autor wtłoczyć do głowy czytelnika.
Jednak jeśli ta konsekwencja chronologiczno-logiczna nie zostanie zachowana, to powstanie utwór, który później nazwą „słownymi odchodami” 7), lub będą całkowicie niezrozumiałe dla wszystkich prócz autora i wybrańców, których ten zechce oświecić.
Chyba że (jak ta sama Ewa Lipska) decydujemy się, że ważniejszy w pisanym przez nas wierszu od chronologii następujących po sobie wydarzeń (czy nawet obrazów) będzie przekazanie samej idei, uczucia; choć wymieniona poetka robi to w formie listu i od pewnego momentu niewielkie znaczenie już ma, jakie obrazy następują po jakich, bo chodzi tylko o wspólny mianownik jaki je łączy:

I jak tu popełnić samobójstwo droga pani
kiedy się już dawno nie żyje.
Bo jak można żyć w takim krochmalu naszych czasów. 
Ani ręki z tego wyciągnąć by nacisnąć spust pistoletu
ani się w tym utopić.
A jak się patrzy na to wszystko Droga Pani 
to czarno czarno  czarno
jakby strajk wdów
Hania moja wyszła za mąż.
Będzie miała dziecko.
Cieszymy się wszyscy. 8)

Zauważyć tu można, że pierwsze wersy sprawiają, iż utwór odbieramy jako wyimek z korespondencji bliskich sobie osób, o tym że to korespondencja świadczy dopiero szósty wers, dopiero od tego miejsca autorka ma mandat na zarzucenie czytelnika  „nieuporządkowanymi” obrazami.
Przemyślenie tej strategii, tej kolejności podawania obrazów, słów wierszu należy oczywiście uczynić PRZED rozpoczęciem pisania wiersza, a nie jedynie treści – jak to czyni spora liczba nowicjuszy.
Im lepiej taktycznie rozwiążemy ten temat, tym lepszy, bardziej zapadający w pamięć czytelnika otrzymamy i tym skuteczniej przekonamy go do swojej idei, myśli, zawartych w naszym utworze.


8) E. Lipska, „Z listu (II)”, [w:]”Czwarty zbiór wierszy”, Czytelnik, Warszawa, 1974

7) Fragment z wypowiedzi T. Sobieraja dotycząca późnej twórczości Karpowicza i etapu twórczości Białoszewskiego, który owocował utworami: „Namuzowywanie”, czy „Podłogo, błogosław!”  [w:] „Grafomania pod szyldem awangardy”, Własnym Głosem, Nr. 74, str. 7

6) E. Bryll, „Epitafium”, [w:] Fraszka na dzień dobry”, Wydawnictwo Literackie, Kraków, 1969.

5) E. Lipska, „Wybór wierszy”, str. 45, (Źródło: www.annapaz.pl/lipska.pdf‎, stan na dzień 14.04.4014 r.)

4) Miron Białoszewski, „Hepyent (1)”,[w:] „Mylne Wzruszenia”, PIW, Warszawa 1961.

3) Tamże.

2) M. Białoszewski, „Karuzela z madonnami”

1) Niels Hav, „Moje fantastyczne pióro”, przekład: L. Preis 


 

Wiersz, jako niespodzianka

by Krzysztof Kwasiżur grudzień 14, 2014

 

Założenie – choć bardzo proste, dla wielu autorów wierszy stanowi barierę kluczową, oddzielającą ich od ambitnej poezji tak skutecznie, że na zawsze pozostają oni w pogardzanym światku przez L. Jakóba nazwanym „poectwem”, a przez resztę społeczeństwa nie odróżnianym od grafomanii (w tymże tekście Jakób wykazuje, że to mogą być dwie różne kategorie), 1) twórca wiersza – jeżeli kiedykolwiek podejmie lot, to będzie on tak ciężki, że ponad grafomanię nie wzniesie się nigdy.
Celowo zatem piszę o autorach wierszy, a nie poetach. Ci ostatni (czy to metodą prób i błędów, czy instynktownie) temat mają przepracowany i za sobą.
Jakież to założenie, jaki kruczek?
Nic tajemniczego, ba nawet nic nowatorskiego, ale nawet co niektóre wytrawne wygi poezji zapominają o tym, ufając sile przekazu własnych słów, wielkości talentu i warsztatowi.
Założenie to brzmi: WIERSZ MA BYĆ ZASKAKUJĄCY DLA CZYTELNIKA.
W tym krótkim zdaniu mieści się i cała mądrość słów spisanych przez Stachurę, który pisze:
(Aby napisać dobry wiersz) trzeba mieć coś do powiedzenia, czyli mieć wrażliwość, wyobraźnię i trochę przeżytych dni i nocy.” 2)
I cała wiedza o literaturze L. Żulińskiego, który pisał:
„Przykazanie trzecie: wiersz dąży do odkrywczości, gardzi banałem”. 3)
            O ile nietrudno czytelnika zadziwić, czy wprawić w zaskoczenie, kiedy to jego pierwsze zetknięcie z naszą – autorów – twórczością, (bo nasz styl, sposób pisania będzie dla niego nowatorski z prostej przyczyny, że czytelnik ów nie miał okazji z nim się zetknąć) o tyle będzie to trudniejsze, gdy się już z naszym stylem, sposobem pisania oswoi.
Raczej z niego nie zrezygnujemy, by odzyskać znudzonego tym stylem odbiorcy, bo stanowi naszą wizytówkę, przez lata wypracowywaną. Jedyne, co możemy (i powinniśmy) zrobić – to szukać nowych tematów.
Myśl prosta, aż prostacka!
Jednak widząc na ogrom autorów piszących monotematycznie i banalny, muszę zauważyć, że tematy nie mają być nowe dla nas, lecz dla czytelnika. Gdyż należy (na wszelki wypadek) założyć, że czytelnik ów jest elokwentny, oczytany i bardziej błyskotliwy od nas. To uchroni autora przed bagatelizowaniem czytelnika, które zemści się zawsze na autorze.
„Stare, poetyckie wygi” stroją w tym momencie miny niesmaku, gdyż nic nowego nie piszę i nowych lądów nie odkrywam, ale to właśnie one są najbardziej narażone na uśpienie czujności, zaufanie własnemu talentowi (faktycznemu, lub domniemanemu), który przecież dotychczas się sprzedawał.
Nie ma nic bardziej usypiającego czujność i rozleniwiającego, niż sukces! A im większy sukces – tym baczniej jesteśmy obserwowani, bo przez większą ilość obserwatorów! Ergo – tym szybciej nasze zaniedbanie wobec czytelnika, czy nasza bylejakość zostanie zauważona. Dowód?
Jacek Dehnel, o którym obszernie pisze Marek Trojanowski,
4) a który po okresie sławy (nie wnikam w to, czy zasłużonej, czy nie) zaniedbał własny rozwój i swoich czytelników.
Zatem – skoro mamy obraz, jak postępować nie należy, skąd wziąć wiedzę jak należy postępować?
Należy przyjrzeć się poczynaniom poetów, którzy stali się niewątpliwymi autorytetami, czy okrzyknięci mistrzami i takimi pozostali, lub pozostają.
Zbigniew Herbert należy do tej kategorii, zatem przyglądając się jego twórczości pod tym kątem, zauważymy, że w wierszu „Pożegnanie września ” karze czytelnikowi wczuć się w nastrój panujący w pierwszych dniach wojny:

„Dnie były amarantowe
błyszczące jak lanca ułańska

śpiewano w megafonach
anachroniczną piosenkę
o Polakach i bagnetach

tenor ciął jak szpicrutą
i po każdej zwrotce
ogłaszano listę żywych torped…”
5)

wiersz bez rymów, z jasnym podziałem na strofy, rytmem, melodią i w formie uspokajającej opowieści.
W tym samym roku jednak spod jego pióra wychodzi jednak  „Muszla” – wiersz totalnie inny:

„Przed lustrem w sypialni rodziców leżała różowa muszla. Zbliżałem się do niej na palcach i nagłym ruchem przytykałem do ucha. Chciałem złapać ją kiedyś na tym, że nie tęskni jednostajnym szumem. Chociaż byłem mały, wiedziałem, że nawet jeśli kogoś bardzo się kocha, czasem zdarza nam się o tym zapomnieć.” 6)

- wiersz w formie przypowieści, bez jakichkolwiek podziałów, co nadaje tej krótkiej formie wygląd i znaczenie prozatorskiego raportu o rzeczywistym wydarzeniu.
Dwie, zupełnie różne formy w jednym roku, niewykluczone, że w miesiącu.
To zróżnicowanie nie jest niczym szczególnym, można je zauważyć także u innego, wybitnego poety; Ernest Bryll w zbiorze wierszy pisanych w latach 2007 – 2007 zamieścił wiersz „Zanim” – rymowany, nostalgiczny
:

 

„Zanim rano dobre sny zapomnę
Zanim będę niecodziennie przytomny
Jest chwilka – gdy serce jak ryba
Skacze w górę. Zagubione chyba!

Może właśnie z nieobjętej ojczyzny
Przeskakuje na zwykłe płycizny…”
7)

 

 a w ten sam tomik (więc i w tym samym okresie twórczym) autor wpisał „Co teraz” – utwór zupełnie inaczej wersyfikowany, stylizowany na dialog.
To tylko przykłady, które mogą uzmysłowić jak ważne jest to, by czytelnik wierszy – nawet wierny czytelnik naszej poezji – miał świadomość naszej nieobliczalności, jako twórców!
Dzięki temu będziemy jawić się temu odbiorcy, jako autorzy niesztampowi, po których warto sięgać, bo nie wszystko on wie o naszej twórczości.
Myślę, że nie  trzeba popierać tych słów większą ilością przykładów, gdyż obojętne, po którego by nie sięgnąć poetę – zauważymy podobną prawidłowość.
W momencie zaś, gdy autor zaczyna traktować czytelnika poważnie i jako  rzeczoznawcę, podejmiemy, my autorzy sami podejmiemy poszukiwania tematów z którymi czytelnik na pewno się nie zetknął (lub mało prawdopodobne, że się zetknął).
I tu zaczną się schody, bo prędzej, czy później sami dojdziemy do wniosku, że warto wiedzieć o czym inni piszą…
Nie na zasadzie traktowania kolegów po fachu jak konkurencji, tylko żeby się nie pchać na wydeptaną ścieżkę, w zamiarze grzybobrania! Bo grzybki zostały dawno pozbierane, tematy poruszone, a czytelnik odejdzie od naszej lektury z miną niesmaku (znowu to?), choćbyśmy nawet temat potraktowali po nowatorsku.
Zatem – śledźmy – bo jesteśmy sledzeni!

 

1) L. M. Jakób, „Poectwo”, (w:) Latarnia Morska, http://latarnia-morska.eu/index.php?option=com_content&view=article&id=967%3Apoectwo&catid=36%3Afelietony&Itemid=61&lang=pl (stan na dzień 01.12.2014)

Abyście, Parę słów o poezji M. Czychowskiego i parę innych słów przy tej okazji, w: Za progiem wyboru, pod red. J. Leszina-Koperskiego, Warszawa 1969
[Słowa skierowane do chorych] „Twórczość”, 1992 nr 11, s. 104-107.

L. Żuliński, „Dekalog dobrego wiersza”.

M. Trojanowski „Jacek Dehnel – Tytan z plastiku”, Krytyka Literacka, 12 (62), Grudzień, 2014 ISSN 2084-1124, str. 53

Z. Herbert, „Pożegnanie września”, 1956.

Z. Herbert. „Muszla”.

E. Bryll, „Zanim”, (w:) „Trzecia nad ranem”, Katowice, 2008, Księgarnia Św. Jacka Sp. z oo, ISBN: 978-83-7030-608-3, str. 11

 

Drzewo do lasu – czyli o emocji w poezji

by Krzysztof Kwasiżur październik 17, 2014

 

„Z grubsza wiemy czego się trzymać, gdy trafia w nas poezja. Rozpoznajemy ją bez specjalnej wiedzy. Bo wiedza i precyzyjne narzędzia opisu literackich form potrzebne są fachowcom. Tak zwany przeciętny odbiorca polega na intuicji. Zawierza – i słusznie – wrażeniu, emocji. Na ogół guzik go obchodzi technika, warsztat. Obcy mu jest chłodny ogląd. Łaknie przeżycia lub tylko – by tak rzec – duchowego rozkołysania.”

(Lech M. Jakób, „Poectwo”) 1)

 

            Zaiste, pisanie o emocjach w wierszu – tekście, który z założenia ma emocje wywoływać przypomina (na pierwszy rzut oka) noszenie drewna do lasu, albo raczej lanie wody. Ale tylko na pierwszy rzut oka – młody uczniu czarnoksiężnika – gdyż, jak już tu kilkakrotnie udowadniałem w poprzednich rozważaniach o poezji – to, co ma czytelnikowi się jawić lekkim, łatwym i naturalnym, dla autora nie musi takie być; ono ma tylko takie wrażenie sprawiać!
Skoro poezja jest z definicji obliczona na wywołanie emocji, to wystarczy się przyłożyć do ich wywołania. Nad czym tu debatować?
Gdyby to była tak jednostronna i monotonna rozgrywka, każdy murarz, czy piekarz byłby poetą. Bo ileż oni wywołują emocji swymi słowami, zwłaszcza gdy uderzą się w palec młotkiem, czy poparzą o gorącą blachę!
Więc wiersz  nie ma za zadanie wywołać emocji za wszelką cenę?  Nie tylko i nie za wszelką cenę! Bo i opisuje on emocje w sposób jak najbardziej wizyjny i czytelnika WPROWADZA w rzeczony stan emocji i emocję opisuje, niczym fotografia, która przecież nie pozwala oglądającemu ją wejść w sytuację. Daje nam komfort (czasem to komfort) bycia na zewnątrz, poza sytuacją, a jednak doświadczenia jej z opisu.  
            Według encyklopedii wiersz jest formą wypowiedzi zorganizowanej brzmieniowo, przez rozczłonkowanie na wersy, druga definicja zahacza o wersyfikację, rytmizację i inne „acje” i regularności, lecz znów ani słowa o emocjach!
Tą regularnością, czy jej brakiem jednak dziś nie będziemy się zajmować (może następnym razem, gdyż mnie także złości nagminna trudność w rozróżnieniu wierszy nieregularnych i białych, podczas gdy to osobne kategorie), zajmijmy się jednak emocją, która – jak się okazuje – choć nie jest niezbędna, stanowi o poziomie wiersza.
Tak, gdyż nawet dziesięć wytycznych, spisanych w „Dekalogu dobrego wiersza” Leszka Żulińskiego sprowadza się do jednego; napisać taki wiersz, żeby powodował emocje (zakładane przez autora), bez naleciałości niesmaku, gdy czytelnik odnajdzie w tekście dysonanse, czy nieścisłości.
Ale przecież wiersz to nie zbiór narzędzi do wywołania emocji bez ładu i składu, prócz figur stylistycznych (które niewątpliwie pomogą wywołać te emocje) posiada on nierzadko fabułę. Tadeusz Różewicz pisząc:

„źródlanym
przeźroczystym opisem
wody
jest opis pragnienia
popiołu
pustyni
wywołuje fatamorganę
obłoki i drzewa wchodzą
w lustro” 2)

nie tylko naucza, jak to robić, ale i podaje przykład jak plastycznie przedstawić opisywane uczucie: po prostu je wzbudzić, dlatego opisując pragnienie – wzbudza je słowami powodującymi że poczujemy nieprzyjemne drapanie w przełyku.
Bo to jeden ze sposobów obejścia się z emocjami w wersach; sprawić, by czytelnik te emocje, uczucia odczuł na własnej skórze.
Są też sytuacje, gdy korzystniej jest przedstawić te uczucia w sposób narracyjny, opisując je nie angażując w nie czytelnika, założywszy, iż człowiek, który żywił się całe życie ziemniakami, nic nie wie o smaku banana i trzeba mu ten smak opisać, możliwie przystępnie i trafnie.
Tak często się dzieje w wierszach, gdzie podmiotem lirycznym jest sam autor, lub wierszach fabularnych.
Można sobie poradzić z tym, stosując kilka słów stanowiących inkarnację uczucia, czy też odczucia, co w efekcie przybliży czytelnika do założonych przez nas treści jak Agnieszka Osiecka:

„Cierniem jesteś w mej koronie,
 w mym uśmiechu - smugą smutku.
Czy ja kiedy cię dogonię,
chociaż idziesz powolutku?” 3)

Pomimo tego, że autorka nie pisze wprost o uczuciach i nie nazywa ich po imieniu, to używa zwrotów powszechnie kojarzonych z piekącym bólem (cierń), męką, (korona, w domyśle cierniowa), a jednocześnie łączy je ze słowami, które są konotacjami delikatności i lekkości (smuga, smutek, powolutku) – co w efekcie pozwala wczuć się czytelnikowi w uporczywie negatywny stan.
To jednak też nie ostatni sposób traktowania uczuć w utworze poetyckim.
W sukurs poecie idą zdobycze myśli poetyckiej takie jak synestezje.
W psychologii synestezja, to zjawisko polegająca na kojarzeniu ze sobą (a właściwie – mieszaniu) wrażeń odbieranych przez różne zmysły, np. zapachów ze smakami, dźwięków z kolorami.
Poezja uczyniła z tego narzędzie i środek wyrazu, np. przekształcanie wrażeń słuchowych we wzrokowe ("barwa dźwięku"). Zjawisko występujące także w obrazowaniu poetyckim, szczególnie w symbolizmie. Najgłośniejszym przykładem synestezji jest sonet A. Rimbauda „Samogłoski”.
To bardzo mocne narzędzie, pomocne w pracy nad naszym wierszem.

„…Głosy triumfem brzmiące, zwycięskie, zgiełkliwe -
Barwy, wonie i głosy sprzeczne, niespokojne

Z wolna cichną, szarzeją, zmilkną i bledną
Wirują, płyną w zmierzchu senne, mgliste tonie,
Zlewają się z sobą, stapiają się w jedną…” 4)

Niełatwo tedy odmówić sobie podpierania się – w opisywaniu uczuć – podpierania się przymiotnikami, opisując temperaturę, czy moc takiego uczucia, od tego już mały krok do stosowania synestezji bez opamiętania.
Lepiej już zwrócić się w kierunku minimalizmu i jak najoszczędniej szafować figurami stylistycznymi, co w pewnych przypadkach funkcjonuje niczym dodatkowy środek wyrazu – wcale nie czyniąc wiersza uboższym, a wręcz wzbogacając, jak to ma miejsce w wierszu Różewicza:

„Mam dwadzieścia cztery lata
ocalałem
prowadzony na rzeź…” 5)

Takie ascetyczne traktowanie figur retorycznych daje dodatkowy efekt; suchej, dziennikarskiej,  informacji o wysokim poziomie rzetelności.
Informacja ta przez podmiot liryczny, czy narratora nie jest wartościowana, wartościuje ją sam odbiorca, po zapoznaniu się z faktami. Wymaga to o tyle wprawy, o ile fakty powinny być odbiorcy w odpowiedniej, logicznej kolejności podane (logiką wymaganą dla wiersza), jeżeli to poprawnie zostanie poczynione – o uczucia, czy odczucia czytelnika nie musimy się martwić, zresztą, już o tym pisałem.
6)
            Na koniec wypada mi wspomnieć o uczuciach chwalebnych i seraficznych (skoro traktuję o uczuciach); o wierszach religijnych. Zęby mnie zaczynają boleć, gdy czytam, słucham wierszy pełnych sztucznej egzaltacji która ma za zadanie udać aplauz i zachwyt nad Bogiem, czy wiarą samą w sobie.
A przecież osoba, która chyba wszystkim kojarzy się z poezją i wiarą – Jan Twardowski pisała „zwykłe” wiersze, bez jarmarcznego jazgotu i faryzeuszowych teatrzyków:

„Bałem się oczy słabną - nie będę mógł czytać
pamięć tracę - pisać nie potrafię
drżałem jak obora którą wiatr kołysze

- Bóg zapłać Panie Boże bo podał mi łapę
pies co książek nie czyta i wierszy nie pisze”
7)

I więcej nic? Żadnych okrzyków egzaltacji? Nie, bo to poezja, a nie odezwa do narodu, który ma ruszyć na barykady.
I jeszcze jedno; bhakti – to też poezja religijna, choć wysławiające inne bóstwo…


7) J. Twardowski, „Bałem się” (z tomu:)”Kiedy mówisz”, 2000.

6)   K. Kwasiżur, „W okrągłych ogniach, w klatkach z lin – czyli logika w poezji”, źródło: http://pisarze.pl/felietony/7410-krzysztof-kwasiur-w-okrgych-ogniach-w-klatkach-z-lin-czyli-logika-w-poezji.html (stan na dzień: 03.10.2014)

5) T. Różewicz, „Ocalony” [w:] Słowo po słowie, Wyd. Dolnośląskie, Wrocław 2003, s.9.

4) S. Korab-Brzozowski, „Barwy, głosy, wonie” (w:) „Barwy, głosy, wonie”, Wyd. przez: Fundacja Nowoczesna Polska, ISBN: 9788328521643 epub.

3) A. Osiecka, „Cierniem jesteś w mej koronie”

2) T. Różewicz, „Szkic do erotyku współczesnego”

1) Lech M. Jakób, „Poectwo”(w:) Krytyka Literacka 7 - 8 (57 - 58) 2014, str. 24 – 25.

 

 

Z wątrobą na wierzchu – czyli erotyk po nowemu

by Krzysztof Kwasiżur kwiecień 14, 2014

 

Ileż to epok, ile lat świetlnych dzieli nas od „W malinowym chruśniaku”, którego uczono mnie w szkole – zapewniając, iż to erotyk.
Z wypiekami na twarzy szukałem w tekście potwierdzenia tej tezy pamiętam swój szczery zawód, po przebrnięciu przez – trudne dla nastolatka – wersów.

I nie wiem, jak się stało, w którym oka mgnieniu,
Żeś dotknęła mi wargą spoconego czoła,
Porwałem twoje dłonie - oddałaś w skupieniu,
A chruśniak malinowy trwał wciąż dookoła.

„Jak to? To wszystko? Nic więcej?” Takie napięcie, a oni nic?
Mój zawód nie był spowodowany brakiem „momentów”, tylko niewykorzystaną okazją przez tych dwojga.
Napięcie było, nastrój był, schowek był, hormony grały i wszystko to w kilku strofach Leśmiana.
A Tuwim, który znany był z tego, że nie przebierał w słowach, ani środkach gdy pisał erotyk – czy również folgował sobie i chuciom?

A jeśli zacznę się na nowo
Wyrywać zbuntowanym ciałem,
Powiedz mi wreszcie pierwsze słowo,
Którego nigdy nie słyszałem.
Bo znów pogański samum wieje
W pędach, zawrotach, burzach, blaskach!
Pamiętaj: kiedy znów zdziczeję,         
Odrzyj mnie z wichrów i ugłaskaj!

Oto najmocniejszy fragment „Erotyku” J. Tuwima. Czy jego erotyzm tkwi w opisie aktu płciowego?
Wręcz przeciwnie – poeta wiedział że to, co zakryte, mocniej działa na wyobraźnię, niźli golizna.
Erotyk – według Słownika Encyklopedycznego – Język Polski to miłosny utwór liryczny, często w formie wyznania lub skargi ukochanego.
Nie darmo nazywany jest erotykiem (greckie erôtikós – miłosny, od eros – miłość zmysłowa), a nie PORNOTYKIEM.

Doskonale ujął te miejsca zakryte i odkryte Tadeusz Różewicz w „Szkicu do erotyku współczesnego” :

najplastyczniejszym
opisem chleba
jest opis głodu
jest w nim
wilgotny porowaty ośrodek
ciepłe wnętrze
słoneczniki w nocy

Czy więc nie warto rozpatrzyć wzbudzania erotykiem – drogi autorze wiersza o tematyce miłosnej – emocji temu gatunkowi przypisanych; poruszenia zmysłów, ekscytacji, namiastki uniesienia zmysłowego. A nie erekcji!
Do dziś pamiętam wymianę zdań profesorów (nazwiska zatrzymam dla siebie), kiedy to studentce letni wietrzyk odsłonił bieliznę, podwiewając sukienkę;
- Ech! Gdzie te czasy, gdy zadzierałeś sukienkę dziewczynom, żeby ich majtki zobaczyć! – z zadumą westchnął jeden.
- Tak, tak! – kiwnął głową drugi - Bo dziś, żeby zobaczyć ich majtki, trzeba rozchylić pośladki!
Czy to więc wrażliwość autora erotyku się zmieniła, czy odbiorcy, że dzisiejsze erotyki są bardziej wyuzdane? Że już nikogo nie szokuje Agnieszka Herman, gdy pisze w „Erotyku jesiennym”:

Mam na języku słony smak niespokojnej skóry.
Nie wiem co będzie jutro. Nie wiem czy będzie jutro.
Wnikasz we mnie gwałtownie. Zamknięta w łuku ramion
opieram się przeczuciom...

W kontraście z tym wierszem, nikt już nawet nie pamięta, że „Prośba o wyspy szczęśliwe” K. I. Gałczyńskiego – to również erotyk!
A teraz, kochani, uwaga!  Kolejny stopień wtajemniczenia!
W erotyku także można zastosować odkrywczą metaforę, synestezję, czy inny epitet barokowy.
Stanisław Grochowiak w „Upojeniu” stosuje odkrywcze (wtedy) anafory:

Jest deszcz, co wargi kobiety odmienia;
Jest taki deszcz.
Jest blask, co uda kobiety odsłania;
Jest taki blask.

 gdyż erotyk, wbrew pozorom nie jest utworem, którego zadaniem i głównym tematem jest opisywanie kopulacji… Czy wprost, czy w sposób zawoalowany.
Aż chce się skomentować moje przemyślenia fragmentem utworu znalezionego na jednym z portali miłośników wierszy. Autor ów ukrywał się pod pseudonimem YamCito:

tiulowe tęsknoty
roznegliżowałem
zakazany owoc
spod stringów ujrzałem…

 


 

Najnowsze wpisy:

    Statystyki

Księga gości - czytaj/dodaj:

Księga gości