fragment książki "Rentgen"

***

Znów znalazłem się w miejscu, które tak dobrze znałem.
Biel pościeli na metalowych łóżkach i wszelakich sprzętów nie dała odpocząć oczom ani przez chwilę.
Nad głowami leżących spokojnie pacjentów ostrym, sterylnym światłem jarzyły się lampki, których nie sposób było wyłączyć. Można je było jedynie zmusić do mniej intensywnego świecenia.
Halinka, która siedziała ze mną całe popołudnie wyszła właśnie i zostałem sam. Mogła sobie pozwolić na luksus przebywanie ze mną do późna, bo hotel, w którym mieszkaliśmy znajdował się naprzeciwko szpitala, po drugiej stronie parkingu.
Za oknem zapadła już noc a ja nie miałem ochoty na sen. Byłem podekscytowany mającą się odbyć nazajutrz operacją. Nie przestraszony, czy nawet zaniepokojony. Czułem jedynie dreszczyk emocji.
Na korytarzu, za uchylnymi lekko drzwiami właśnie wygaszono dzienne światła i pielęgniarki w białych uniformach przypominających mundury zaczęły chodzić z mniejszą częstotliwością jakby ciszej stukając drewniakami.
W szczelinie drzwi pojawiła się twarz patrząca dokładnie w moim kierunku a zaraz potem wszedł doktor Misiak usiłując nie zbudzić pozostałych pacjentów.
Jego wielka postać w półmroku zdawała się sięgać sufitu.
Zgarbiony wyglądał jakby się skradał, podszedł prosto do mojego posłania i usiadł na stołku obok.
− Dobry wieczór, panie Krzysztofie! – zaczął ściszonym głosem.– Skoro jutro ma pan iść pod mój nóż – uśmiechnął się leciutko − przyszedłem porozmawiać, na czym ma polegać ta operacja i takie tam.
Nachylił się nade mną, przybrawszy postawę spowiednika a jego dobrotliwa twarz przybrała wyraz skupienia i powagi.
− Ten materiał – sięgnął do kieszeni i wyjął z niej kawałek ciemnoszarej substancji wyglądającej jak granit – nazywa się Codubix i włożymy to panu do czaszki w odpowiednie miejsce. On jest bardzo elastyczny, dopiero później zastyga i jest twardszy niż kość.
Objaśniał mi jak będzie ta łata przymocowana do reszty czaszki i inne szczegóły. Pożegnaliśmy się a ja jeszcze długo uśmiechając się do siebie patrzyłem w sufit.
Było mi miło, że lekarz pofatygował się do mnie z wyjaśnieniami i śmieszyło mnie troszkę jak przemycił kawał plastiku.
Ale tego wieczoru nie było mi dane wcześnie zasnąć.
Światło sączące się z korytarza zasłoniła po chwili następna postać.
Szczupły, wysoki mężczyzna z małą zadbaną bródką stanął w progu i zmrużył oczy usiłując przyzwyczaić wzrok do półmroku panującego na sali. Po dwóch, czy trzech sekundach ruszył w moją stronę.
− Pan Krzysztof Kowal? – kiwnąłem głową i uniosłem się na łóżku.
Usiadł na tym samym stołku, co przed chwilą wielki neurochirurg, a ja pomyślałem jedynie o tym, ile takich rozmów w swoim życiu już przeprowadzili.
– Jestem anestezjologiem, byłem przy pana pierwszej operacji… tej, ratującej życie i jutro też będę przy pana stole. Tak w ogóle to będzie ten sam skład, co tamtym razem! – mężczyzna uśmiechnął się tak, jakby udał mu się dobry psikus i teraz o nim opowiadał.
− No to jestem w dobrych rękach! – uśmiechnąłem się błogo.
Tak jak jego poprzednik sprzed chwili on także sięgnął do kieszeni białego mundurka i podał mi coś w palcach.
− Żeby pan jutro był wypoczęty, powinien pan dobrze spać. To panu w tym pomoże – w dłoni trzymał sreberko a w nim podłużną kapsułkę.
Natychmiast włożyłem ją do ust a lekarz usłużnie podał mi szklankę ze stolika.
− A więc do jutra, do dziesiątej! – powiedział i wyszedł.
Fakt, że lekarze poświęcili mi swój czas sprawił mi nie lada przyjemność. Byłem dla nich ważny!
A przynajmniej taki się poczułem.
Takie pozytywne myśli ukoiły mnie tego wieczoru do snu.
Obudził mnie codzienny gwar szpitalny a mój wzrok powędrował od razu na szafkę obok stolika gdzie stała tabliczka „NA CZCZO”. A więc nici ze śniadania! – pomyślałem i wzruszyłem ramieniem.
Mój stary znajomy – Tadek wparował do pomieszczenia z nieodzownym tupotem drewniaków.
Od progu witał mnie wysoko uniesioną ręką i szerokim uśmiechem.
− Witam lesera! Powiedz mi, co ci tam robili w tym Brzesku.
Pokrótce streściłem, jakie postępy poczyniłem od wyjazdu z tarnowskiego szpitala i co robiłem, aby je osiągnąć. Byłem dumny, że mogę oznajmić, że jestem w stanie poruszać się bez wózka i kul, czy laski.
− No to przejdźmy się, jeśli pozwolisz!
Chętnie usiadłem i chwyciłem podaną dłoń. Jednak metalowa laska była znacznie bardziej stabilnym oparciem, więc kilka moich pierwszych kroków było nieporadnych i niezdarnych. Powoli stopa w stopę cofał się patrząc to na mnie, to na moje nogi, to za siebie a ja tak samo powoli szedłem przed nim trzymając go za rękę.
Tak wyprowadził mnie na korytarz i postawił przy ścianie, wzdłuż której jak lina trakcyjna kolejki górskiej ciągnęła się długa linia miedzianej barierki z delikatnej, cienkiej rurki.
Ruchem tancerza prowadzącego swoją partnerkę Tadeusz delikatnie wyswobodził jedną dłoń z mego kurczowego uścisku i podtrzymując mnie ledwie palcami jednej ręki – poprowadził do poręczy. Ująłem ją kurczowo, bojąc się wykonać jakikolwiek ruch, aby nie stracić równowagi.
− No, idź! – ruchem głowy wskazał mi  drugi, odległy koniec korytarza a ja trzymając się jedną ręką barierki przesuwałem się twarzą do niej.
− Nie tak! – krzyknął wzburzony – twarzą w kierunku marszu!
Westchnąłem głęboko i obróciłem się posłusznie o dziewięćdziesiąt stopni.
Wykonałem krok naprzód i ściana z poręczą oddaliła się znacznie.
Następny spowodował, że straciłem kontakt ze zbawienną podporą. Uniosłem głowę wyżej. Ku mojemu zaskoczeniu ściana, wzdłuż której – jak mi się zdawało – szedłem oddaliła się o metr, może półtora.
Wyciągnąwszy przed siebie dłoń jak lunatyk, zrobiłem nieporadny krok w jej stronę. Przypadłem do ściany i już po chwili znów mogłem bezpiecznie kontynuować marsz. I znów kilka kroków ze wzrokiem wbitym w posadzkę i straciłem bezpieczny kontakt z metalową poręczą.
Za plecami rozbawionym, aczkolwiek nieznoszącym sprzeciwu głosem rugał mnie i przeklinał terapeuta, lecz ja skupiałem się na wykonywaniu jego poleceń – jedynie tych konstruktywnych.
Starając się stosować do jego wskazówek stąpałem ostrożnie z dbałością o poprawność i estetykę chodu.
Jednak pomimo ogromnych wysiłków wciąż szedłem krokiem marynarza przemierzającego pokład podczas sztormu! Pot kapał mi z czubka nosa na posadzkę i szczypał w oczy.
Przystanąłem, chwytając się barierki i rzuciłem krótkie spojrzenie wstecz. Tadek stał tuż za mną ciężko dysząc z purpurową twarzą i dzierżył w dłoni parciany pas przyczepiony do moich bioder. On także miał kropelki potu na nalanej twarzy.
− Kolego! – pokiwał głową z politowaniem – ty, zamiast cieszyć się, że jesteś w stanie zrobić parę kroków, powinieneś robić wszystko, aby te kroki były jak najbardziej poprawne.
Poczułem, że się rumienię. A więc ile jeszcze pracy przede mną? Jak długo to wszystko jeszcze potrwa? Czy starczy mi sił by wygrać tą walkę; walkę o własną sprawność, o jak najlepszą jakość życia?
Zatrzymałem się w pół kroku i łza pociekła po moim policzku mieszając się z kroplami potu. Mężczyzna za mną chyba wyczuł mój kiepski nastrój, bo bez słowa czekał cierpliwie, aż sam podejmę marsz. Polecił mi wracać do pokoju, gdzie czekała na mnie młodziutka, może dziewiętnastoletnia pielęgniarka o długich, kruczoczarnych włosach i cygańskiej urodzie.
− Panie Krzysztofie, czas na pana! – z uśmiechem ruchem głowy wskazała mi łóżko na kółkach, którego tu wcześniej nie było.
Posłusznie położyłem się a ona z zaskakującą lekkością popchnęła mnie do oszklonego wejścia. Jeden zakręt obserwowany z perspektywy leżącego i winda. Kilka pięter, szczęk otwieranych, metalowych drzwi i wyjazd z windy na obszerny korytarz.
Tam nad moim łóżkiem nachyliły się wyrosłe nie wiadomo skąd znajome postacie: Halinka, teść, teściowa.
Coś mówią, chwytają mnie za rękę, chyba się do nich uśmiecham.
Pustka w głowie, nad głową szybko migające lampy jarzeniowe, za szybko! I nagle spokój! Cisza! Jestem na biało – zielonej sali wyłożonej brzydkimi, tanimi kafelkami wśród szklanych szaf z jakimiś metalowymi, błyszczącymi narzędziami. Nade mną pochyla się kobieta w maseczce na twarzy i wkłuwa mi w przedramię igłę.
− Ostatnio, gdy pana przygotowywałam do operacji nie był pan tak rozmowny – zaśmiała się do mnie. – Pamiętam: tętno pięćdziesiąt na niewyczuwalne!
Poprzypinawszy mi jakieś klipsy, rzepy, spinacze klepnęła mnie wreszcie w ramię:
– Powodzenia! – i wypchnęła do sąsiedniego pomieszczenia.
Tam centralny punkt stanowił wielki stół na jednej grubej, teleskopowej nodze i gigantyczny panel oświetleniowy nad nim.
Dookoła stołu porozstawiano jakieś mniejsze i większe urządzenia elektroniczne; monitory, ekraniki, wskaźniki. Wokół tego stołu w zielonych czepkach i maseczkach na twarzach z dłońmi uniesionymi do góry jak czarodzieje przy ołtarzu, w jakimś tajemnym rytuale stali trzej mężczyźni.
Nie byłem w stanie rozpoznać ich twarzy, ale po posturze jednego z nich przywodzącej na myśl raczej kowala niż chirurga poznałem doktora Misiaka, drugi – wysoki i tyczkowaty musiał być anestezjologiem, który poprzedniego dnia mnie odwiedził.
Gdy przekładali mnie jak kłodę z łóżka na sterylny stół nie odmówiłem sobie kąśliwej uwagi:
− Panie doktorze – podniosłem wzrok prosto na w twarze w maskach i oślepiający reflektor – tą tabletkę, którą mi pan dał wieczorem można sobie włożyć! Nic nie działa!
W kącikach oczu widocznych nad niebieską maską pojawiły się pajączki zmarszczek i figlarne ogniki zabłysły na moment.
− Nie spał pan? – rozłożył ręce odziane w cienkie, gumowe rękawice.
− Spałem, a jakże, ale pomimo tych leków a nie dzięki nim!− odparłem z szerokim uśmiechem.
Panowie stojący wianuszkiem wokół mnie parsknęli gromkim śmiechem.
− No dobrze! Teraz położę panu maskę na twarzy; proszę się nie obawiać, to tylko tlen – powiedział ten wysoki i gdzieś sponad mojej głowy zsunął w dół, na moją twarz wielkie na pół głowy urządzenie z wystającą karbowaną rurą. Przytknął mi szczelnie do policzków a ja zdążyłem jedynie skwitować :
– Taaa! Pod szpic to Szweda, a Krzyś się nie da!
I zapadłem w ciemność.

 

 

 

 

***

 

 

 

 

            Obserwowałem z wielką uwagą, ale i ze spokojem grupę ludzi skupioną nad bezwładnie leżącym na stole operacyjnym ciałem, mając jednocześnie świadomość, że to moje ciało.
Z jednego z otaczających stół aparatów, zaopatrzonych w ekran, czy wyświetlacz, rozchodził się piszczący, przeraźliwy dźwięk.
Jakby uwieszony u sufitu, mogłem obserwować wszystkie poczynania wydarzeń, będąc w każdym miejscu pomieszczenia tak, że nic nie uszło mojej uwadze.
Do ciała, leżącego na białym blacie poprzyczepiane były w różnych miejscach przewody, przezroczyste rurki i elektrody odchodzące do urządzeń i skrzynek.
Na ekranie piszczącego przeraźliwie urządzenia to wyginała się, to prostowała linia wykresu i z wielką szybkością zmieniały się cyfry.
Wielki facet w czepku i masce na twarzy z impetem wbił igłę strzykawki trzymanej – dla większej siły uderzenia – w całej dłoni wprost w klatkę piersiową ciała, leżącego na stole.
Piszczący alarm na sekundę zmienił się w inny sygnał; niższy i mniej świdrujący a na ekranie na krótką chwilę prosta linia nabrała regularnych krzywizn prawidłowego wykresu pracy serca.
Zaraz jednak znów wyprostowała się i odezwało się piskliwe wycie.
– Wyłączcie to! – polecił niecierpliwym głosem doktor Misiak i  po sekundzie  piskliwy alarm maszyny ustał.
Mężczyzna wyróżniający się wśród reszty szczupłą sylwetką obrócił się na pięcie w kierunku innego urządzenia stojącego na stelażu, czy stojaku.
Sięgnął stamtąd po dwa, błyszczące uchwyty, na które pielęgniarka naniosła czym prędzej sporo przezroczystego żelu.
– Uwaga! – ostrzegł mężczyzna, a wszyscy w tym samym momencie odsunęli się od stołu...

 

 

 

 

 

***

 

 

 

 

 

 

            Przy łóżku z regulowaną wysokością zagłówka i niskimi, metalowymi, potężnymi poręczami siedziały znajome mi osoby.
Zachmurzony mężczyzna o szpakowatych włosach i bujnych, czarnych wąsach, uśmiechnięta zawsze mama Halinki i ona sama. Wszyscy wpatrywali się w napięciu w moją twarz.
Gdy otworzyłem oczy zauważyłem we wszystkich trzech parach oczu ogromną ulgę.
Strapiona kobieta podniosła do moich ust drewnianą szpatułkę z kawałkiem gazy, czy waty uprzednio zanurzony w naczyniu z wodą.
− No i jak? – nie wytrzymał teść.
Kiwnąłem lekko głową i uśmiechnąłem się do wszystkich. Wyraz ulgi widoczny w trzech parach oczu jeszcze się pogłębił. Po raz drugi poczułem dotyk wilgotnej deseczki na spieczonych wargach.
− Lekarze powiedzieli, że nie możesz na razie pić – powiedziała moja żona tonem winowajcy.
Szybki spojrzenie w głąb siebie; niespecjalnie chce mi się pić, nic mnie nie boli, na głowie jakiś turban, czy czapka, z jej szczytu zwisały dyndając dwa przezroczyste przewody zakończone plastykowymi buteleczkami. W nich trochę czerwonawego płynu.
Popatrzyłem ponad głowami siedzących wokół mnie wianuszkiem osób.
Półmrok spowijał pomieszczenie, w którym w idealnie sterylnych warunkach, w ciszy leżało kilka osób w ogromnych łożach o futurystycznych kształtach. Wszystkich przykrywała odprasowana zielona pościel, z korytarza przez szklane, matowe drzwi sączyło się światło. Okno udrapowane srebrną żaluzją było czarne.
− A więc już noc! Trochę to potrwało! – pomyślałem a głośno zapytałem o godzinę. Mama Halinki spojrzała na zegarek i sapnęła:
– Ups! Już dwudziesta, aż dziw, że nas do tej pory nie wyrzucili! Powinniśmy już uciekać! Tym bardziej, że wszystko w porządku, masz się dobrze i już jesteś bezpieczny.
Wszyscy jak na komendę powstali i zaczęli się wycofywać do wyjścia. Po chwili zostałem sam wśród sapania, pojękiwania i chrapania.
Po drugiej stronie pomieszczenia z półmroku rozjaśnianego światłem od drzwi wyłoniła się sylwetka młodzieńca ostrzyżonego jak rekrut, który ze wzrokiem wbitym w sufit nerwowo wiercił się w pościeli.
− Dziadek! – głośny, nerwowy szept – przestań!
Chłopak obrócił głowę w kierunku sąsiedniego posłania skąd dochodziło ledwie słyszalne, delikatne pochrapywanie. – Dziadek! Nie chrap! − szept stał się histeryczny.
Spojrzałem w tamtym kierunku; młody mężczyzna rzucał się po łóżku i ze wściekłości uderzał nogami pod kołdrą. Jednak jego sąsiad nic sobie nie robił z bezsilnych szlochów i ani na jotę nie zmienił rytmu, ani sposobu oddychania!
− Dziadek! Kurwa! – histeria młodego człowieka sięgała zenitu, ale mężczyzna, który był najwidoczniejszym powodem tego zachowania spał w najlepsze.
Pomieszczenie dotychczas spowite mrokiem rozświetliło światło od drzwi i w wejściu stanęła pielęgniarka.
− A co tu taki harmider? – rozpoznałem chrapliwy, zmysłowy głos rudowłosej pielęgniarki, która mnie zacięła swego czasu przy goleniu.
− Proszę pani, proszę pani! Niech go pani jakoś uciszy, otruje, czy coś! − chłopak mówił tonem błagalnym i patrzył na dziewczynę wzrokiem zbitego psiaka.
– Co pan wygaduje? Jak ja mam go uciszyć? – z dezaprobatą pokręciła głową.
− To mnie niech pani zabierze stąd, tu nie można spać! Choćby nawet na korytarz!
– Jak sobie pan życzy! − rzuciła przez ramię, wychodząc z pomieszczenia.
Po krótkiej chwili wróciła w towarzystwie koleżanki i wspólnymi siłami wypchnęły przez drzwi posłanie z nerwowym pacjentem. Zapadła cisza przerywana jedynie miarowymi oddechami śpiących i rzężeniem konających na sąsiednich łóżkach.
Do tej pory nieświadom ucisku na pęcherz; w tej ciszy i spokoju musiałem sobie jednak uświadomić własne potrzeby! Nacisnąłem guzik wiszący przy posłaniu i po chwili niczym duch zjawiła się dziewczyna.
− Chciałbym pójść do ubikacji, ale to… − wskazałem palcem plastykowe zbiorniczki dyndające jak pompony przy niemodnej czapce.
Podeszła do mojej poduszki, uniosła jakimś przyciskiem w poręczy łoże do pozycji fotela, a na mojej głowie zaczęła coś poprawiać i układać.
Turban okazał się czepkiem z elastycznego bandaża szczelnie zasłaniającym całą głowę i uszy, z otworem jedynie na twarz. Korzystając z tego właśnie otworu, wyginając elastyczne, przezroczyste przewody dziewczyna zatknęła mi obie prostokątne buteleczki w okolice uszu jak słuchawki i mogłem wstać.
Powoli, ostrożnie, klapiąc po posadzce bosymi stopami szedłem ciemnym korytarzem.
Minąłem wysoki kontuar, gdzie dyżurowały całą noc pielęgniarki. Siedziały trzy.
Na mój widok podniosły głowy, starając się przyzwyczaić wzrok do półmroku po długim wpatrywaniu się w światło lampki nocnej.
Ja – w swoim białym czepcu na głowie, z którego wystawały jakieś przewody i butelki z obu strona głowy, kiwając się przy każdym kroku na boki jak marynarz i one trzy – wpatrujące się jak urzeczone, oddzielone ode mnie meblem! Skojarzenie przyszło samo, niejako automatycznie!
− Ti, Ti! Witajcie ziemianie! – uniosłem prawą rękę w nieporadnym geście powitania.
Salwa gromkiego śmiechu odbiła się od cichych, ciemnych ścian z taką mocą, że w końcu korytarza otworzyły się drzwi i wyszedł zaspany lekarz, przecierając oczy.
Poszedłem dalej ciemnym korytarzem odprowadzany coraz cichszymi śmiechami. Mój powrót po kilku minutach na nowo wzbudził parsknięcie i uśmiechy na twarzach kobiet.
Przez kolejne dni zmieniano mi opatrunki, aplikowano leki i kroplówki bym się czuł coraz lepiej. Dawało to efekt, bo rana na głowie goiła się, jak na psie a ja nie czułem żadnego bólu nawet podczas zmian dziwacznego czepca.
Po tygodniu Tadek zabrał mnie windą na drugie piętro, gdzie na szklanych, wielkich drzwiach widniał napis: „ODDZIAŁ REHABILITACJI LECZNICZEJ”. Na parkiecie namalowano kolorowe, grube linie biegnące od drzwi wejściowych do pomieszczeń.
− Idź po żółtej! – rozkazał a ja zwiesiłem momentalnie głowę jak pies gończy. Kluczyłem wokół żółtej, najdłuższej linii usiłując nadać swoim krokom miarowość i odpowiedni kierunek, lecz z mizernym skutkiem.
Strofowany raz za razem, odprowadzany ciekawymi spojrzeniami przechodzących korytarzem ludzi doszedłem wreszcie do końca korytarza, do miejsca gdzie żółta linia znikała za drzwiami. Otworzone na oścież drzwi ukazały pomieszczenie przestronne, jasne, pełne okratowanych leżanek znanych mi z Brzeska i innych sprzętów niewiadomego przeznaczenia.
W pomieszczeniu panował radosny gwar, kilka osób w białych mundurkach uwijało się jak w ukropie, kilkanaście postaci w pstrokatych ubraniach; dresach, spodenkach, koszulkach ćwiczyło w różnorakich pozycjach.
Mój terapeuta wprowadził mnie na środek sali, gdzie u sufitu wisiała potężna szyna. Do niej, jak dźwig portowy zamocowano na bloczkach i blokach szelki zwisające smętnie na linkach.
W te szelki czy też uprząż zostałem obleczony i pośpiesznie uniesiony do pionu − niczym marionetka − za sznurki. Ćwiczący wokół mnie pacjenci zamarli w bezruchu a ja tymczasem ciągnięty za dodatkową, krótką linkę niczym wielbłąd w karawanie przechadzałem się księżycowym krokiem uwieszony u sufitu!
Groteskowość widoku peszyła nawet mnie, więc po kilku spacerach wzdłuż szyny mężczyzna  wyswobodził mnie z więzów i wyszliśmy na korytarz.
Moim oczom ukazał się dziwaczny tor przeszkód ze stopniami, schodkami i poręczami.
Pomiędzy dwie takie poręcze zostałem wstawiony i trzymając się − a raczej opierając się − to jednej, to drugiej przykuśtykałem do drugiego końca. Setka skomplikowanych ruchów, aby wykonać obrót – i z powrotem!
Na drewnianej ławeczce obok tego przyrządu siedział oparty o laskę zażywny staruszek i pilnie obserwował moje wysiłki. Widać było, że ciekawość zżera go ogromna.
− A co toto? Jakiś wypadek był, czy coś? – laską uniesioną w górę zakreślił okrąg wokół mnie precyzując, jakie „toto” ma na myśli.
Widziałem już w oczach mego opiekuna zaczątki furii, która miała się skończyć zruganiem mężczyzny za wtrącanie się w nie swoje sprawy, ale nagle zmiękł, rzucił mi krótkie spojrzenie prosto w oczy i mrugnął porozumiewawczo.
W błękitnych oczach mężczyzny dojrzałem ogniki rozbawienia.
− O! Panie! – odpowiedział tą samą dziwaczną, archaiczną polszczyzną – to grubsza sprawa. Nachylił się w stronę jegomościa rozejrzawszy się najpierw czy nikt nie podsłuchuje i teatralnym szeptem dokończył – platfus!
Nawet w półmroku panującym na korytarzu widać było jak mężczyzna purpurowieje z wściekłości odchodząc.
Kończyliśmy ćwiczenia w szampańskich humorach.

 

 

 

 

***



 

 

 

Ostatnie wpisy:

 

Statystyki

Księga gości - czytaj/dodaj:

Księga gości